kilka słów o nas


    Pewnego razu żyli sobie gdzieś obok siebie violavia i wojownik. Kiedyś zachwycali się tymi samymi książkami, śniły im się dalekie wyprawy, niecodzienne przygody. Mieli wiele podobnych pasji i pragnień. Mijali się wielokrotnie, może nawet kiedyś trącili się ramionami w tłumie gdzieś na ulicy, każde zajęte swoim życiem.
    Aż pewnego dnia - może przypadkiem, może zrządzeniem losu - ich spojrzenia skrzyżowały się. Przystanęli na moment, przyglądając się sobie wzajemnie, zrazu nieśmiało, potem juz odważniej, z coraz większą radością.
    A potem poszli razem drogą wiodącą hen poza horyzont.
    A gdy wojownik pokazał violavii swoje ukochane góry, pokochała je i ona - za ich majestatyczne piękno, za bezwzględność i kapryśność, za zapach wolności i smak przygody, za dreszcz emocji i wszechogarniający spokój. I wędrowali odtąd, wytrwali i pokorni, spragnieni wciąż nowych szlaków, szczytów, widoków, przeżyć.

Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda z górami. I prawie od razu zrodził się pomysł tej strony - takiego pamiętnika ze szlaków, małego kompedium o NASZYCH górach.

violavia & wojownik, 2005


a tak się wszystko zaczęło...

wspomnienia wojownika

    Moja przygoda z Tatrami rozpoczęła się w 1984 roku, kiedy moi Rodzice wybrali się wiosną z 4-letnim brzdącem do Zakopanego. Czasy nie sprzyjały wszelkim wyjazdom, szczególnie w strefy przygraniczne. Pamiętam długą jazdę pociągiem z kuszetkami, potem śnieżno-deszczowe Zakopane. Nie pamiętam tego wyjazdu w szczegółach, raczej mam takie "pojedyncze klatki" przed oczami: jak "zdobyłem" Gubałówkę i zobaczyłem Tatry nie zasłonięte drzewami i budynkami. Jeszcze tego samego dnia studiowałem z Tatą mapę i planowaliśmy gdzie się wybierzemy. Wybór padł na Ścieżkę nad Reglami. Z tej wycieczki zapamiętałem jedynie straszliwą mgłę, zasypany śniegiem szlak i wreszcie miejsce, gdzie ścieżka przechodziła nad załadowanym śniegiem żlebem - przez mostek bez poręczy . Było bardzo ślisko, Rodzice nie znali szlaku i ku mojej wielkiej rozpaczy stwierdzili, że dalej nie idziemy. Teraz rozumiem - wykazali dużo rozsądku, ale wtedy było to dla mnie straszne, żeby zrezygnować z tak błahego powodu. Kolejnego dnia poszliśmy na Giewont. Pogoda była świetna i na własnych - krótkich jeszcze - nóżkach dotarłem na Wyżnią Kondracką Przełęcz i dalej do miejsca, gdzie zaczynają się łańcuchy. I tu znów wielkie rozczarowanie - nie dane mi było wejść na szczyt, Rodzice poszli po kolei - najpierw Tata, w tym czasie Mama ze mną czekała, a potem się zamienili. Pamiętam do dziś wielką rozpacz, że wlazłem taki kawał i tuż pod szczytem musiałem czekać na Rodziców, którzy go zdobyli. Z pierwszego wyjazdu pamiętam jeszcze wjazd kolejką na Kasprowy - znów w koszmarnej mgle, a także jazdę załadowanym do pełna PKS-em do Morskiego Oka. Nie kursowały wówczas busy, nie istniał wielki parking w Palenicy, a PKS-y docierały aż do Włosienicy, więc do Morskiego Oka trzeba było iść zaledwie kawałek. Ale i tak ledwo zobaczyłem brzeg jeziora poprzez gęstą mgłę.

    Na kolejny wyjazd musiałem poczekać 2 lata; dość ciężka choroba sprawiła, że rok 1985 spędziłem częściowo w szpitalu; potem na mnie chuchano i dmuchano, tak więc żadne Tatry nie wchodziły w rachubę. Poza tym nie było łatwą sprawą dostać skierowanie na wczasy do Zakopanego (a taka forma wyjazdu była wówczas najczęstsza).

    W maju 1986 r. znów znalazłem z Rodzicami się w Zakopanem. Śniegu było więcej niż podczas poprzedniego pobytu, no ale byłem o całe 2 lata starszy. Rodzice już nie obawiali się, czy dam radę chodzić po górach. Z tego pobytu pamiętam, jak zdobyłem swój pierwszy dwutysięcznik - Kopę Kondracką (która do dziś pozostaje jedną z moich ulubionych gór). Przestudiowałem potem całą mapę, by sprawdzić, że nie jest to wcale najniższy dwutysięcznik, mimo że przekracza tą magiczną granicę zaledwie o 5 m - znalazłem coś po nazwą "Kończysta nad Jarząbczą (2003 m n.p.m.)", więc tym bardziej byłem dumny ze swojego wyczynu. W czasie tego wyjazdu zdobyłem również Przełęcz Iwaniacką; pamiętam wahanie Rodziców, czy iść na Kominiarski Wierch. Ostatecznie nie poszliśmy, czego nie mogę do dziś odżałować - przepadła bezpowrotnie najprawdopodobniej jedyna w moim życiu szansa zdobycia tego szczytu, był to bowiem ostatni rok, w którym szlak nań pozostawał otwarty. Pamiętam jeszcze tabliczkę w Dolinie Starej Roboty, ostrzegającą przed niedźwiedziami; później wszędzie widziałem te niedźwiedzie i bałem się. Podczas tego wyjazdu "pokonaliśmy" Ścieżkę nad Reglami od Kalatówek do Doliny Kościeliskiej. Łatwość, z jaką weszliśmy na Kopę Kondracką, przekonała Rodziców do próby przejścia przez wszystkie Czerwone Wierchy; jednak nie doszliśmy na Ciemniak z Kir; znów przeważył rozsądek Rodziców, którzy nie chcieli ryzykować przecinania stromego, zaśnieżonego zbocza nad kotłem Świstówki. Byłem rozczarowany, wydawało mi się, że Rodzice są zbyt ostrożni - w końcu ktoś przed nami juz tędy przeszedł i nic się nie stało. Teraz wiem, że Rodzice mieli rację, zawracając.

    Rok później w czasie ferii zimowych pojechałem z wujkiem, ciocią i cioteczną siostrą do Brzegów - małej, zagubionej w śniegu wsi koło Bukowiny Tatrzańskiej. W dziecięcej naiwności zdawało mi się, że znam już dobrze Tatry, szczególnie że studiowałem dużo map (jak się okazało - obejmujących jedynie Polską część). A tu nagle zobaczyłem góry zupełnie nieznane, niewidoczne z Zakopanego. Już na pierwszy rzut oka były wyższe od Giewontu, szczególnie wyraźnie wybijały się dwa szczyty: jeden z nich - Hawrań - wydawał się strasznie wielki, ale zrozumiałem, że po prostu jest blisko i stąd to wrażenie; natomiast drugi... na opisanej panoramie w przewodniku znalazłem: "Lodowy Szczyt (2628 m n.p.m.)". Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie - wszak to ponad 100 m wyżej niż Rysy, których nie widziałem dotąd, ale znałem z każdej książki (choć nie wiedziałem, że liczą ponad 2500 m, wszędzie bowiem pokutowała wysokość polskiego wierzchołka - 2499 m n.p.m., więc "czegoś" im zawsze brakowało do równego rachunku, wydawały mi się jakieś "niepełnowartościowe"). Ogromny Lodowy pozostał na zawsze w mojej pamięci. Dla mnie jest zdecydowanie ważniejszy niż najwyższy w Tatrach Gerlach. Nie zdobyłem go do dziś, ale jest w planach, jako pierwszy szczyt, na który wejdę z przewodnikiem. To góra moich tatrzańskich marzeń.

    Potem bywałem w Zakopanem wielokrotnie, latem i zimą, ale nie były to wyjazdy turystyczne. Wyczynowe uprawianie sportu wiązało się z wyjazdami na obozy i zgrupowania, z których wiele odbywało się właśnie pod Tatrami. Wycieczki w góry bywały nieliczne. Za to aż za dobrze pamiętam "zdobycie" Kasprowego - mieliśmy na to bodajże godzinę i parę minut. Zmieściliśmy się w czasie, ale wbiegając na szczyt po raz pierwszy w życiu mocno przeklinałem góry. Na zejście mieliśmy podobny czas, ale w dół już było sporo łatwiej i jakoś nikt sobie nie zrobił krzywdy. Potem przez 2 dni narzekaliśmy na koszmarne zakwasy - a zakwasić wytrenowanych nastoletnich zawodników wcale nie było tak łatwo. Miewaliśmy również "łagodniejsze" formy treningu wytrzymałościowego - przykładowo biegliśmy z Palenicy do Morskiego Oka, przybijaliśmy pieczątkę na ręku na znak, że nie oszukujemy, i z powrotem w dół - na całość około 2 godzin. Jakoś nikt od tego nie umarł. Dziś chodzi mi po głowie inny wyczyn: wbiec na Kopę Kondracką i może przebiec całą grań Czerwonych Wierchów; czas nieistotny, byle się nie zatrzymać i nie podchodzić - cały czas biegiem. Kiedyś przy bardzo ładnej pogodzie pobiegnę, choć to skrajnie odległe od turystyki górskiej.

    W międzyczasie, już w liceum, znów zacząłem jeździć w Tatry turystycznie - w sumie co najmniej dziesięć razy. Zdobyłem wreszcie Czerwone Wierchy, Świnicę, Kozi Wierch (ależ byłem dumny, to w końcu najwyższa góra leżąca w całości w Polsce), Rysy (byłem jeszcze bardziej dumny, nie trzeba chyba wyjaśniać, dlaczego), Kościelec (w totalnej mgle; że to już szczyt, zorientowałem się po tym, że wyżej nie dało się już iść). Przeszedłem wtedy większość szlaków w polskiej części Tatr, choć np. ich zachodnia część pozostała nieco "zaniedbana" i dopiero teraz sukcesywnie nadrabiam zaległości (Wołowiec uparcie nie daje się zdobyć, już dwa razy byliśmy zmuszeni się wycofać z powodu fatalnej pogody). Z kolegami z liceum wybierałem się już na studiach na kilkudniowe wrześniowe wyjazdy. W 2001 r. pojechaliśmy na Słowację - i mimo kiepskiej pogody przeszliśmy przez Lodową Przełęcz. Miałem okazję przez chwilę podziwiać z bliska mój wymarzony Lodowy Szczyt; pierwszy i jak dotąd jedyny raz spałem schronisku i to bardzo "klimatycznym", w słynnej Terince. We wrześniu 2002 góry dały mi solidną nauczkę - choć wydawało się, że jestem doświadczony i mam świetną kondycję, jednak wybierając się na Starorobociański Szczyt nie doszedłem nawet do grzbietu Ornaku; lodowata, marznąca mgła zgoniła mnie w dół. Potem w Dolinie Chochołowskiej ledwie mogłem iść, dygotałem z zimna, nie mogłem opanować szczękania zębami, czułem się jak pijany. Cieszę się, że nie uparłem się iść dalej w górę, mówiąc "jakoś to będzie"; mogłoby się to źle skończyć, a koleżanka, z którą szedłem, raczej wiele by mi nie pomogła.

    No i ostatnie lata, uwiecznione już na niniejszej stronie. Zupełnie nowy rozdział życia, zarówno osobistego jak i "tatrzańskiego". Violavia okazała się wspaniałą towarzyszką życia i górskich wędrówek; uwielbia skały, łańcuchy, przepaści, potrafi pokonywać własne słabości, ciągnie ją do góry, ma chęć odkrywania i poznawania nowych rzeczy. I co najważniejsze - nie jest plastikową "bejbe", jednąć z tych, co jeżdżą kolejką na Kasprowy, czy końskim tramwajem do Morskiego Oka i codziennie obowiązkowo odwiedzają "grań Krupówek".

    Z niezdobytych dotąd, ciągnących mnie od lat szczytów tatrzańskich najważniejszym jest wspominany już Lodowy Szczyt. Zaraz po nim Krywań, który od zawsze imponuje mi groźnym wyglądem (zapowiada się, że "padnie" w sierpniu 2006). I inne: Wysoka (wspaniała pod każdym względem), Łomnica (na własnych nogach rzecz jasna), Durny (niesamowity, wygląda na niedostępny) i Gerlach (trzeba "zaliczyć" do pełni szczęscia). Może Rysy zimą. A w dalszej perspektywie marzy mi się Triglav, Olimp, Zugspitze (pieszo oczywiście), Mount Blanc i może coś powyżej 5000 m n.p.m. - Elbrus? Musimy jeszcze zdobyć dużo górskiego doświadczenia, poza tym rejon jest raczej niespokojny. Póki co wyżej nie mierzę, ale kto wie? Apetyt rośnie w miarę jedzenia...

    Z Polskich gór znam także odrobinę Karkonosze i Beskidy. Jako dziecko byłem na Śnieżce. Wydała mi się wręcz śmieszna w porównaniu z Tatrami - na szczyt można wjechać samochodem, więc co to za góra? Zdobyłem również takie "olbrzymy" jak Skrzyczne czy Klimczok. Nie byłem natomiast na Babiej Górze i przyznam, że to jedyna w Polsce "pozatatrzańska" góra, która robi na mnie wrażenie. Owszem, dałoby na nią wjechać samochodem czy na rowerze (na Kilimandżaro w końcu też się da), ale wejście na szczyt w środku zimy mogłoby być naprawde piękną przygodą i ciekawym doświadczeniem; może w najbliższą zimę? I kiedyś jesienią chciałbym wybrać się w Bieszczady - w ramach odmiany od Tatr.
(2006)

wspomnienia violavii

    Moje pierwsze "górskie" wpomnienia są dosyć fragmentaryczne. Wiem, że jeździliśmy (Rodzice, moja Siostra i ja) w Beskidy - wędrując z plecakami od schroniska do schroniska. Oczywiście Ojciec niósł największy plecak, a w nim jedzenie i nasze rzeczy, Musia też miała jakiś plecak, ale i ja coś niosłam - dwie rolki papieru toaletowego zapakowane do chlebaka (strasznie byłam dumna, że jestem taka użyteczna). Miałam wtedy z pięć lat; może to był Beskid Żywiecki, może Sądecki, nie pamiętam już dokładnie, zresztą tych wyjazdów było kilka.

    Jak odnalezione na strychu slajdy przesuwają się przed oczami obrazy: schronisko na Wielkiej Raczy, na Rycerzowej; drewniane wnętrza, światło gaszone o dziesiętej; zbierane własnoręcznie jagody, rozgniecione potem z cukrem i śmietaną (pychotka!); stada owiec i owcze bobki na ścieżkach; turyści w kraciastych flanelowych koszulach, z plecakami i gitarami, uśmiechający się i pozdrawiający nas serdecznie; pierwszy samodzielnie kupiony lizak (w którymś ze schronisk - usłyszałam, że moge dostać lizaka, pod warunkiem, że sama o niego poproszę panią w okienku). Niewiele w tych wspomnieniach samych gór; pamiętam zaledwie jeden szlak: czarny, przez las, dość stromy, kamienisty (ale dokąd?)...

    Byliśmy też kiedyś w Zakopanem, zaledwie jeden dzień - jedynie wjechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch. Pamiętam swój szok: wsiedliśmy do wagonika w środku lata, a w wysiedliśmy na górze... jesienią! Na szczycie wiał silny, lodowaty wiatr - i tylko ten ziąb pamiętam.

    Potem były długie lata, pełne różnych wrażeń, ale bez gór (Lasu Teutoburgskiego w Westfalii i klasowej wycieczki w Karkonosze nie liczę); lata pełne nieustannych marzeń o niebezpiecznych wyprawach, o przygodach, o ekstremalnych przeżyciach wśród dzikiej przyrody.

    Aż pewnego dnia spotkałam Wojownika. I wkrótce Wojownik zapytał: chcesz poznać góry? I pojechaliśmy w góry - na prawdziwe wędrowanie, w słońcu, deszczu i wietrze, po dolinach i szczytach, po kamieniach i (moich ulubionych) łańcuchach, wśród widoków zapierających dech w piesiach; poczułam to nieopisane uczucie wolności, swobody, ucieczki od codzienności; wykiełkowało we mnie uwielbienie, a jednocześnie pokora wobec Gór i ich kaprysów; poznałam niesamowity urok chwil cudowych, zawieszonych gdzieś pomiędzy otaczającym pięknem a walką z własną słabością. I zrozumiałam w pełni prawdziwość powiedzenia: "apetyt rośnie w ramach jedzenia". Teraz wybieram co ładniejsze i bardziej skaliste szczyty i myślę sobie: tam chciałabym wejść. Na przykład - Wysoka. Czemu nie? Marzą mi się też wyprawy w jakieś "dzikie" miejca - bez wygodnych kwater, gdzie śpi się w namiocie, całe zaopatrzenie niesie się ze sobą, a wieczorem, nucąc przy ognisku, spogląda się w gwiazdy...

    Chciałabym pojechać kiedyś w Beskidy, z plecakiem, od schroniska do schroniska, śladem moich dziecinnych wspomnień (może juz razem z naszymi przyszłymi dziećmi?). I chciałabym przeżyć złotą jesień w Bieszczadach. I wschód słońca na Babiej Górze. I zobaczyć mnóstwo innych miejsc.
                      "(...)i uchwycić to wszystko rękami,
                            ucałować to wszystko ustami..."
                                      (K.I.Gałczyński)

(2006)

uaktualnienie

W: Przez te kilka lat od momentu utworzenia naszej strony wiele się zmieniło. Przeszliśmy wspólnie większość tatrzańskich szlaków - prawie wszystkie w Tatrach Polskich i Słowackich Tatrach Wysokich; w Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie pozostało jeszcze sporo nieznanych nam ścieżek. Zdobywamy też coraz więcej doświadczenia podczas wycieczek zimowych. Udało nam się również pojechać na krótką "rekonesansową" wycieczkę w Alpy. Spędziliśmy razem w górach już prawie 80 dni!

K: Halo! A ja? Zapomnieliście napisać o mnie!

V: Od 6 lutego jest z nami krasnoludka. Jej pojawienie się na świecie to punkt zwrotny w naszej górskiej przygodzie i w całym naszym życiu.

K: Co prawda nie potrafię jeszcze sama chodzić, ale proszę sobie wyobrazić, że już byłam w górach! Zdobyłam Furkot (w brzuszku mamy), "Kazurówkę" na warszawskim Ursynowie (na rękach taty), potem jeszcze Kopieniec Wielki, Babią Górę, byłam też Ścieżce nad Reglami i Rusinowej Polanie!

W: Opisy wycieczek we trójkę z września 2010 już wkrótce.

(2011)

PS1 Na co dzień mieszkamy w Warszawie.
V: Jestem lekarzem, śpiewam w chórze, trenuję judo, fotografuję.
W: Obroniłem doktorat z biologii molekularnej, pracuję w TVP, jestem trenerem judo.