przez Lodową Przełęcz
(wrzesień 2001)

Stary Smokowiec (Starý Smokovec) Hrebienok (Hrebienok) Polana Staroleśna (Starolesnianska poľana) Schronisko Zamkovskiego (Zamkovského chata) Dolina Zimnej Wody (Malá Studená dolina) Dolina Pięciu Stawów Spiskich (Kotlina Piatich Spišských plies) Lodowa Przełęcz (Sedielko) Dolina Jaworowa (Javorová dolina) Jaworzyna Spiska (Tatranská Javorina) - Łysa Polana


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: męcząca, łatwa technicznie, wspaniała widokowo, przechodzi przez Lodową Przełęcz (2376 m n.p.m.) - najwyżej położoną z turystycznie dostępnych przełęczy tatrzańskich
czas (bez odpoczynków): ok. 10 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 20 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

Po raz kolejny jedziemy z Przemkiem i Piotrkiem w Tatry. Mamy dwa dni. Pomysł: jedziemy w Tatry Słowackie, wracamy do Polski przez góry.
Wstajemy rano, pogoda beznadziejna: pada, chmury nisko... cóż, tak czy siak czeka nas długa eskapada. Bus do Łysej Polany, potem słowacki PKS do Starego Smokowca. Objeżdża całe Tatry Bielskie i Wysokie; w taką pogodę jednak widać tylko ich podnóża. Po godzinie jazdy jesteśmy w Smokowcu. Zakupy: oczywiście lentylki i czekolada "studencka" obowiązkowo. Becherovka? Kupimy jutro w Jaworzynie, mamy ciężkie plecaki, po co jeszcze dzwigać butelki?
Znajdujemy początek naszego szlaku. Biegnie wzdłuż drogi dojazdowej na Hrebeniok, dodatkowo kursuje tu kolejka linowa jak na Gubałówkę. Podjedziemy? Zdrowa demokratyczna decyzja - ależ skąd! Wreszcie Hrebeniok. Jak dotąd nie czujemy zupełnie, że jesteśmy w górach - nic w tych chmurach nie widać. Uderza nas znikoma w porównaniu z Polską ilość turystów na szlaku. Dolina Staroleśna: coś wspaniałego. W naszych Tatrach takiej nie ma . Szlak mija całą kaskadę wodospadów : raz wysokie, raz niskie, a to nurt potoku rozdzielony na kilka ramion. Zapierające dech w piersiach.
Wreszcie mostek i nasz szlak skręca w prawo. Dość nużące podejście w stronę Doliny Zimnej Wody. Spotykamy "nosica", czyli pana, który na drewnianej konstrukcji "zamontowanej" na plecach niesie... hmmm, na oko wygląda jak butla z acetylenem, musi ważyć kilkadziesiąt kg. Tatrzańscy tragarze noszący zaopatrzenie do wyżej położonych schronisk są w Polsce w ogóle nieznani. Tym większym szokiem jest dla nas widok faceta, który z takim ciężarem raźno zasuwa pod górę. A my narzekamy na te kilkanaście kg w plecaku...
Coraz wyżej, wreszcie mgła zaczyna się rozwiewać; wychodzimy ponad chmury. Co za widok! Przed nami niedaleki już próg doliny Pięciu Stawów Spiskich w iście alpejskim otoczeniu. Z prawej ogromny, rozłożysty masyw Łomnicy, przed nami Lodowy Szczyt, z tej strony marnie się prezentujący . Podejście na próg doliny ciężkie. Plecak daje się we znaki.
Docieramy w końcu do kamiennego schroniska Tery'ego: sami Polacy, jeden Słowak, nie licząc obsługi. Tu spędzimy noc. Jak się okazuje, śpi się na trzypiętrowych łóżkach, oczywiście nie ma ciepłej wody i elektryczności - są lampy naftowe. Zjadamy porządny obiad doprawiony piwkiem . Zmęczenie od razu daje się we znaki. W nocy męczymy się strasznie: gorąco, ciemno kompletnie, a co najgorsze ktoś chrapie tak, że trzęsą się kamienne ściany. Zasypiam dopiero nad ranem. Ledwo zamykam oczy, już pobudka, namiastka mycia się w lodowatej wodzie, śniadanko - wliczone w cenę noclegu.
Widoki jeszcze lepsze niż wczoraj, dolina skąpana w słońcu, niebo błękitne. Wszystkie chmury pod nami, wypełniają niższe partie dolin . Ruszamy. Coraz wyżej w górę , Lodowa Przełęcz już niedaleko, ale podejście pod nią jest straszne. Idziemy piargiem, wszędzie drobny żwir, który co chwila osuwa się spod nóg. Praktycznie posuwamy się metodą "dwa kroki w przód, jeden w tył". Nad nami stadko kozic skacze po skałach. Idziemy za ich przykładem - po skałach idzie się pewniej i bezpieczniej, a nikt z nas nie ma zamiaru zjechać na dół "wierzchem" na kamiennej lawinie; oznaczeń szlaku i tak nigdzie nie widać, wiec nie przejmujemy się tym, że zapewne z niego schodzimy. Wychodzimy wreszcie na przełęcz .
Widok jak ze snu. W międzyczasie chmury z dolin podniosły się i z tego morza mgieł wystają wierzchołki wyższych szczytów: przed nami Lodowa Kopa, na zachodzie Jaworowe Szczyty, Gerlach, Wysoka, Rysy i Mięguszowieckie. Coś wspaniałego . Nasze "znajome" kozice pasą sie nieopodal. Zupełna dzicz, krajobraz nieco podobny do Kotła pod Rysami - wielkie rumowisko skalne.
Zejście do Doliny Jaworowej łagodne, ale znów wchodzimy w chmury; widoczność spada do kilku metrów , zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Ubieramy się we wszystko co mamy. Cały czas w dół... ile można!
Mijają kolejne godziny. Zupełnie nie wiemy, w którym miejscu doliny jesteśmy; nic nie widać. Deszcz leje cały czas, szlak miejscami prowadzi przez trawę wysoką po pas - moje bojówki są kompletnie przemoczone, kurtka nie "oddycha", równie mokra od zewnątrz, jak i od spodu, plecak przemoczony. Jedyna sucha rzecz to buty, jednak gore-tex w połączeniu z impregnatem dają sobie radę. Dolina jest już płaska, ale nie chce się skończyć. Wreszcie docieramy do pierwszych zabudowań, a tu tabliczka "Javorina 45 min.". Mało nas szlag nie trafia. Mamy już kompletnie dość, jesteśmy zmęczeni, głodni i przemoczeni.
W Jaworzynie ucieka nam autobus, więc nasza wyprawa przedłuża się o dodatkowe 3 km asfaltowej drogi do Łysej Polany. Okazuje się, że na miejscu jest wspaniale zaopatrzony sklep, w którym kupujemy "nieco" alkoholu. Wreszcie granica, godzinne oczekiwanie na busa - oczywiście w deszczu, no i rzecz jasna na darmo. Wracamy do Zakopanego PKS-em. Wreszcie jacyś ludzie.
Schodząc z Lodowej Przełęczy spotkaliśmy 2 (słownie: dwie) osoby.
Już wiem, że zakochałem się w słowackiej stronie Tatr i będę tu wracał.

by w

powrót do listy tras