na Raczkową Czubę
(27 września 2009)

Siwa Polana Dolina Chochołowska Huciska Polana Trzydniówka Trzydniowiański Wierch Kończysty Wierch Jarząbczy Wierch Raczkowa Czuba (Jakubina) (powrót tą samą trasą)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: bardzo długa, bez trudności
czas (bez odpoczynków): ok. 10-12 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 24 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Rano pogoda okazuje się równie piękna jak wczoraj. Mieliśmy iść na Siwy Wierch, dasz radę?
V: Po wczorajszej wycieczce mam zakwasy we wszystkich możliwych mięśniach, chyba przez anemię... zupełnie nie mam siły.
W: Więc znów musze iść w góry sam... Rozumiem jednak, że piąty miesiąc ciąży ma swoje ograniczenia. Odpuszczam sobie Słowację i jadę tylko do Chochołowskiej. Cel mam ambitny: postawiam wykorzystać wspaniałą pogodę i zdobyć górę, która opiera się naszym atakom od trzech lat - Raczkową Czubę. Zawsze coś stanęło na przeszkodzie i uniemożliwiało nam wejście na szczyt - pogoda albo zmęczenie, albo straż graniczna. Mam nadzieję, że tym razem się uda. To będzie całkiem długa wycieczka. Ruszam o 8 rano prawie pustą i przeraźliwie zimną doliną, po godzinie docieram na polanę Trzydniówkę. Teraz czeka mnie jedno z najgorszych podejść w polskich Tatrach - Krowi Żleb. Stopy poobcierane wczoraj w nowych butach bolą teraz znacznie bardziej, a stromizna przyspiesza wyraźnie puls. Idę jednak sam, mogę więc zasuwać znacznie szybciej niż wczoraj. Po półtorej godzinie (zamiast "tabliczkowych" dwóch) melduję się na Trzydniowiańskim Wierchu, 5 minut na odsapnięcie i ruszam dalej, ku Kończystemu . Na Kończystym muszę już odpocząć parę minut dłużej i coś konkretnego zjeść. Korzystając z okazji, delektuję się widokami . Dalej będzie lżej, różnica wysokości niewielka, ale do szczytu Raczkowej Czuby pozostał jeszcze spory kawał. I wcale nie jest tak lekko. Na Jarząbczym znów muszę sobie zafundować 5 minut odpoczynku. Większość napotkanych ludzi idzie dalej Liptowską Granią, ja przekraczam granicę. Masyw Raczkowej Czuby i Otargańców jest zbudowany z granitów, co stanowi ciekawą odmianę od łupków budujących większość Tatr Zachodnich. Ścieżka wiodąca na wierzchołek niknie raz po raz w zwałach olbrzymich granitowych głazów . Wreszcie staję na drugim co do wysokości szczycie Tatr Zachodnich . Do kolekcji tych najwyższych brakuje mi jeszcze tylko Banówki. Widok wspaniały, na zachód lepszy niż ze Starego Robota i Bystrej , na wschód niewiele ustępujący temu z Bystrej . Wychodzi na to, że Jakubina jest najlepszym punktem widokowym w okolicy (panorama patrz >> tu) ! Siedzę pół godziny na szczycie, chłonąc widoki nie tylko na Tatry, ale też na Tatry Niskie, Chocza , Wielką Fatrę, Babią, Pilsko, Beskid Śląski i Żywiecki. Widoczność na 60-80 km, przejrzystość wspaniała. Dzwonię do ciebie, bo w końcu teraz musze martwić się o dwie osoby, a nie o jedną...
V: Jestem na Gubałówce, wspaniałe widoki !
W: Jak się czujesz?
V: Zmęczona po wczorajszym, ale leżę sobie na słoneczku i się opalam. Szkoda, że nie ma mnie tam z tobą...
W: Wejdziemy tu kiedyś razem, nawet we trójkę! Przecież góry jeszcze trochę postoją.
V: Bądź ostrożny. Pa, pa!
W: Użyłem telefonu w górach, choć dotąd tego zwykle nie robiłem. No ale cóż, nadchodzą zmiany... Teraz czeka mnie powrót w dół tą samą trasą. Droga dłuży mi się strasznie, twarz i uczy palą od ostrego słońca, stopy bolą tak, że z każdym krokiem myślę, że zwariuję. Na Kończystym odpoczywam chwilę; udaje mi się uchwycić w locie pieknego kruka . Niby w dół, niby lżej, ale jednak odczuwa się te kilometry, a trasa jest naprawdę długa. Najgorsze okazują się stopnie w zejściu z Trzydniowiańskiego. Zgroza! Już sam nie wiem jak stawiać stopy, by mniej bolały. Sznurówki w butach ściągniete maksymalnie, więc dodatkowo boli ponad kostkami. Tak to jest, jak się człowiek mądrze wybierze w góry w nowych, nierozchodzonych butach. Choć na równym są super wygodne, to marsz po górach to zupełnie inna bajka - natychmiast czuć, gdzie się jeszcze nie dopasowały. Z drugiej strony - gdzie i jak je miałem rozchodzić w Warszawie? Maszerować w nich godzinami w sierpniowych upałach? Bez sensu, to taka sama katorga jak i tu. Trudno - raz poboli, ale potem buty wystarczą na kilka sezonów. Wreszcie docieram do dna doliny. W Chochołowskiej odbijam sobie wszelkie zmęczenia, bolące stopy i kolana - wypożyczam rower i w 15 minut jestem na dole! Te rowery to rewelacyjny pomysł i wprost dzika przyjemność po takiej długiej wycieczce.
V: Jutro wracamy do domu. Najbliższy wyjazd w Tatry nie wcześniej niż za rok...

by v&w

powrót do listy tras