na Baraniec
(23 czerwca 2009)

Przybylina (Pribilina) Kemping "Dolina Raczkowa" (ATC - Račková dolina) Klinowate (Klinovaté) Baraniec (Baranec) Żarska Przełęcz (Žiarske sedlo) Dolina Jamnicka (Jamnícka dolina) Kemping "Dolina Raczkowa" (ATC - Račková dolina) Przybylina (Pribilina)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: bardzo długa, o dużym przewyższeniu, bez trudności technicznych
czas (bez odpoczynków): ok. 10 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 25 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Budzimy się bladym świtem w naszej kwaterze w Przybylinie. Czujemy jeszcze sztywność mięśni po wczorajszej podróży.
V: Gór nie widać. Gdzie dziś się wybierzemy?
W: Proponuję najbliższy wysoki szczyt w okolicy: Baraniec. W razie czego można dość szybko z niego zejść. Potraktujmy to jak trasę rozruchową.
V: Przemierzamy senne, gęsto zabudowane uliczki Przybyliny. Zadziwiająco mało tu pensjonatów czy innych obiektów turystycznych.
W: Wkrótce miejcowość kończy się i wychodzimy na główną drogę obok Muzeum Wsi Liptowskiej. Skręcamy w boczną asfaltówkę do kempingu "Račková dolina".
V: Idziemy, nie czując wcale, że jesteśmy w górach - droga biegnie prawie płasko, widać niewiele. Po godzinie docieramy do malowniczego kempingu.
W: Droga mija wylot Doliny Wąskiej, przechodzi nad Raczkowym Potokiem i dochodzi do miejsca, gdzie w prawo odchodzi szlak na Baraniec.
V: Uzbrojeni w kijki ruszamy pod górę. Wyraźny z począku szlak niknie w rzadkim, połamanym lesie. Nie zrażamy się i brniemy przez leżące pnie wprost pod górę . Kiedy jednak przez dłuższą chwilę nie widzimy oznaczeń szlaku, zaczynamy się zastanawiać. Poniżej widać jakąś leśną drogę.
W: Wygląda raczej na drogę do zwózki drewna.
V: Czekaj! Tam są chyba znaki!
W: Faktycznie. Zejdźmy tam.
V: Droga okazuje się rozjeżdżona i błotnista.
W: W miękkiej ziemi co chwila widnieją szerokie ślady jakiegoś zwierzęcia; nie przypominają niczego mi znanego. Zaczyna chodzić mi po głowie myśl, że to może być niedźwiedź, kiedy moje wątpliwości rozwiewa jeden, wyjątkowo dobrze odciśnięty ślad. Uff! To przecież końskie kopyto.
V: Słychać warkot piły łańcuchowej. Mijamy pracującego drwala i pasącego się obok konia.
W: Zaczynają się wiatrołomy. Wchodzimy na pnie drzew, przechodzimy pod niektórymi, inne obchodzimy, kombinując jak iść. Męczące to i spowalnia marsz.
V: Wkrótce wiatrołomy na szczęście się kończą i dochodzimy do polany z drewnianą szopą .
W: Na tabliczce widnieje nazwa "Horica", w środku miejsca do spania, naczynia, zapałki, świece, a pod okapem stosik narąbanego drewna.
V: Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Las wkrótce rzednie, ustępując miejsca wysokiej kosodrzewinie. Tu przynajmniej nie mamy wątpliwości, którędy iść - ścieżka biegnie ciasnym tunelem w zielonej masie kosówek.
W: Tylko ta mgła... nic nie widać! Chociaż - patrz! Coś odwiało, to chyba Otargańce, a dalej Hruby Wierch .
V: Przed nami kilka garbów grzbietu .
W: Widać już szczyt Małego Barańca. Kosodrzewina sie kończy, zaczyna wiać. Zakładamy kurtki.
V: Ale jakie widoki się odsłaniają! Niestety, nie jest nam dane długo cieszyć oczy; im wyżej jesteśmy, tym gęstsza mgła .
W: Dochodzimy w końcu pod kopułę szczytową Barańca .
V: Co tam jest na szczycie, jakiś słup?
W: Na górze okazuje się, że to kilkumetrowy, betonowy "obelisk", pewnie punkt sieci triangulajnej. Wisi na nim metalowa skrzynka.
V: Wiedziona babską ciekawością zaglądam do środka i znajduję zapakowany w foliowy worek zeszyt. Patrz, to jest "książka wejść"! Jest nawet długopis.
W: Ostatni wpis jest z wczoraj: grupa Słowaków skarży się, że pada i nic nie widać.
V: Czyli dzisiaj jesteśmy pierwsi.
W: Wpiszmy się.
V: No jasne.
W: Przegryzamy coś i ruszamy w dół w kierunku Smreka . Z początku szlak biegnie stromo przez skały , niżej już typową dla Tatr Zachodnich, szeroką ścieżką.
V: Wkrótce wychodzimy z mgły, odsłania się ładny widok we wszystkich kierunkach.
W: Wspaniale prezentuje się stąd grupa Rohaczy od Banówki do Wołowca. Schodzimy na przełęcz i zaczynamy podchodzić na łagodne wybrzuszenie Smreka. Czujemy oboje, że to pierwszy dzień po przyjeździe, jesteśmy już porządnie zmęczeni.
V: Słońce pali zdrowo, aż chciało by się zdjąć kurtki , jednak zimne podmuchy wiatru skutecznie nas od tego odwodzą.
W: Ze Smreka udaje nam się zrobić pełną panoramę (panorama patrz >> tu); jak na złość teraz szczyt Barańca się odsłonił.
V: Idziemy dalej, w stronę Żarskiej Przełęczy . Wydawało się, że to niedaleko, a dłuży nam się niemiłosiernie. Wreszcie stajemy na przełęczy. Uff!
W: Zobacz, tak blisko stąd na Rohacza Płaczliwego. Może tam jeszcze podejdziemy?
V: Spoglądam na ścieżkę pnącą się stromym zboczem. Jestem padnięta, zobacz, ile jeszcze w dół...
W: W sumie racja, robi się późno. Innym razem.
V: Ruszamy łagodnie w dół, do Doliny Raczkowej . Ścieżka przecina kilka dużych płatów śniegu . Dolina przypomina nieco "dziką" Staroleśną, choć więcej tu roślinności.
W: Widać jednak wyraźną rzeźbę polodowcową.
V: Patrz, świstak!
W: Zwierzątko dostrzega nas i odchodzi, zabawnie kręcąc puszystym zadkiem.
V: Idziemy mozolnie w dół, zmęczeni coraz badziej.
W: Rany, zobacz, gdzie dno doliny! Czeka nas co najmniej godzina schodzenia.
V: A cóż to?
W: Na środku ścieżki leży... kupa. Wyraźnie jagódkowa. Jej wielkość nie pozostawia wątpliwości, kto ją tu po sobie zostawił. Nie była to raczej kozica ani świstak.
V: Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia, rozglądamy się nieco niespokojnie wokół.
W: Wielka, pusta dolina. My sami. Duży niedźwiedź gdzieś w pobliżu. Brrrr!
V: Nie zwlekajac, ruszamy z kopyta w dół.
W: Paplamy głośno o czymkolwiek, byle nas było dobrze słychać. Podobno misie nie lubią być zaskakiwane.
V: W zaskakująco krótkim czasie docieramy do połączenia szlaków . Na wiacie wisi tabliczka "Medvedie teritórium, nebivakujte".
W: Kawałek niżej dochodzimy do kolejnej drewnianej szopy . W środku podesty do spania, stół, piec, jakieś naczynia . Fajnie, że są tu takie miejsca, gdzie w razie potrzeby można przenocować, zważywszy, że Żarska Chata to jedyne słowackie schronisko w Tatrach Zachodnich.
V: Poniżej szopy szlak przecina tory zejścia potężnych lawin.
W: Coś niebywałego. Przechodzimy się przez dziesiątki powalonych pni, idąc po grubej warstwie zbitego śniegu, przemieszanego z liśćmi, ziemią, gałęziami.
V: Dalej znów idziemy normalną leśną drogą. I nagle...
W: Oboje stajemy jak wryci, sparaliżowani tą samą myślą. Bojąc się poruszyć, wytężamy wzrok, przyglądając się brązowemu kształtowi, leżącemu dokładnie na środku ścieżki. Wygląda jak śpiący miś!
V: Wyjmujesz aparat i robisz zdjęcie na maksymalnym zbliżeniu. Oddychamy z ulgą. To tylko pień drzewa, choć podobieństwo jest łudzące.
W: Niżej przedzieramy się przez kolejne pozostałości po lawinach.
V: Zwalone drzewa tworzą kilkumetrową warstwę; skaczemy z pnia na pień, przeciskamy się między gałęziami, chwilami przystając bezradnie, zastanawiając się, którędy iść .
W: Ze wałem drzew leży zbity, brudny śnieg, przemieszany drobnymi gałęziami, liśćmi, igłami; miejcami ścieżka biegnie wytopionym tunelem.
V: Nieprawdopodobne, jaką siłę ma lawina; las jest dosłownie przemielony.
W: Niżej idziemy blotnistą drogą, pooraną śladami opon. Wokół pocięte pnie, ścinki, wióry - widać, że tu już prowadzi się leśną gospodarkę.
V: Sprawdzasz odległość na GPS-ie.
W: Jeszcze spory kawałek.
V: Mam dość.
W: Dochodzimy do połączenia Doliny Jamnickiej z Raczkową . Mijamy pierwszych napotkanych dziś turystów. Pozostał nam jeszcze krótki odcinek Doliny Wąskiej i asfaltowa droga do Pribiliny.
V: Ale fajna tama! Poproszę zdjęcie .
W: Dochodzimy do Magistrali.
V: Nyka pisał coś o jakimś kwaśnym źródle. Może go poszukamy?
W: Odbijamy kawałek w bok. Źródełko faktycznie jest kwaśne, a otaczające kamienie mają jadowicie pomarańczowy nalot .
V: Przed nami rozpościera się rozległy teren kempingu. Możemy go obejść, albo skrócić sobie drogę, idąd na wprost. Przeszkodę stanowi jednak spieniony potok.
W: Jedyny "most", jaki znajdujemy, stanowią dwa gładkie pnie, przerzucone na drugi brzeg.
V: Nie jesteśmy przekonani do tego "mostu", jednak nie uśmiecha nam się nadkładanie drogi, więc decydujemy się zaryzykować. Pnie uginają się w rytm kroków, w dole huczy spieniona woda... i już stoimy po drugiej stronie. Co za ulga.
W: Przechodzimy spacerkiem przez pustawy kemping do asfaltowej drogi.
V: Idziemy coraz wolniej, solidnie zmęczeni.
W: "Rozgrzewkowa" trasa okazała się długa i wyczerpująca.
V: Wreszcie docieramy do naszej kwatery. Moje zmęczenie osiąga poziom krytyczny. Zwalam się do łóżka, dygocząc z zimna. Na siłę karmisz mnie czekoladą i poisz gorącą kawą i wyganiasz pod gorący prysznic.
W: To samo przerabiałem, gdy byliśmy w Alpach. Pod kąpieli, pod ciepłą kołdrą dochodzisz wreszcie do siebie.
V: Zjadamy kolację. Za oknem leje.

by v&w

powrót do listy tras