na Halę Gąsienicową i Gęsią Szyję zimą
(12 lutego 2009)

Kuźnice Hala Gąsienicowa Dolina Pańszczyca Rówień Waksmudzka Gęsia Szyja Rusinowa Polana Palenica Białczańska


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: długa i męcząca, piękna widokowo, w kilku miejscach zagrożona lawinowo
czas (bez odpoczynków): ok. 6-7 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 14 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Sypie, sypie, sypie. Za oknem ogromne zaspy. Gór nie widać.
V: Nasze nieśmiałe plany, by wybrać się do Zbójnickiej Chaty, ostatecznie upadają.
W: W tych warunkach sam dojazd samochodem do Smokowca byłby wyzwaniem.
V: Co tu robić?
W: Podejdźmy na Halę Gąsienicową, tam zawsze jest kilka opcji do wyboru, w zależności od sytuacji.
V: Dobrze.
W: Jedziemy do Kuźnic i wchodzimy na zawalony śniegiem szlak na Boczań; dziś wygląda zupełnie inaczej niż trzy dni temu.
V: Wychodzimy z lasu . Widoczność jak wczoraj, nie przekracza kilkuset metrów, w dodatku powyżej Przełęczy między Kopami zalegają chmury.
W: Ostrożnie pokonujemy trawers nad Doliną Jaworzynki - śniegu jest mnóstwo i sprawia wrażenie słabo związanego .
V: Wychodzimy na zamgloną Rówień Królową. Bokiem przemyka grupa narciarzy.
W: Jadą nartostradą do Kuźnic. My schodzimy na Halę Gąsienicową .
V: Wszystko tonie pod zwałami śniegu . Chodźmy do Murowańca, zastanowimy się, co robić.
W:Po chwili siedzimy w pustej jadalni schroniska, planując dalszą marszrutę. Zawrat czy Kościelec naturalnie odpadają. Może Kasprowy?
V: I tak nic nie zobaczymy.
W: To co, wracamy do Zakopanego?
V: Też bez sensu, na jedenastą będziemy z powrotem, szkoda dnia.
W: Mam pomysł. Jest taki szlak, którym latem na pewno nie pójdziemy, może więc teraz?
V: Co masz na myśli?
W: Zielonym przez Pańszczycę na Rówień Waksmudzką i dalej przez Gęsią Szyję, Rusinową Polanę i Złotą Dolinę do szosy Balzera. No i pewnie potem na piechotę do Zakopanego. Kawał drogi, ale nigdzie nie wychodzi się powyżej lasu, więc powinno być bezpiecznie, a przy takiej zimie może być całkiem malowniczo.
V: Zgoda. Wyruszamy. Idziemy magicznym Lasem Gąsienicowym, przekraczając kolejne mostki .
W: Szlak jest z grubsza przedeptany, ale śnieg sięga miejscami powyżej kolan. Z początku ścieżka prowadzi nieco w dół, ale potem dość stromo pod górę, trawersując jakieś zbocze.
V: Gdzie tak pędzisz? Dlaczego jest ciągle pod górę? To miał być spacerowy szlak, bez żadnych wzniesień! Mam już dość tego śniegu!
W: Nie może być przecież cały czas pod górę, zaraz będzie płasko albo w dół.
V: Nagle przed nami otwiera się widok na strome, bezleśne zbocze. Ślad rozdziela się na dwie odnogi: jedna - wyraźniejsza - biegnie wprost, trawersem przez zbocze, druga - cieńsza - idzie gdzieś w górę. Co teraz?
W: Górny ślad wydaje się kończyć po kilku krokach, decydujemy się więc na trawers.
V: Nie podoba mi się to.
W: Zbocze wygląda nieciekawie: ścieżka biegnie poniżej pokaźnych nawisów . Górą byłoby bezpieczniej, ale musielibyśmy brodzić w śniegu, no i szybko molibyśmy zgubić właściwy szlak.
V: Trudno, idziemy. Idź pierwszy. Poczekam, aż pzejdziesz.
W: Z duszą na ramieniu, dość żwawym krokiem pokonuję emocjonujący odcinek. Uff! Po chwili jesteś obok.
V: I gdzie teraz? Ślad urywa się, nie widać też znaków na drzewach.
W: GPS informuje, że jesteśmy poniżej szlaku.
V: Wspinamy się w kopnym śniegu kilkanaście metrów, wychodząc na płaski teren powyżej linii nawisów. Popatrz, ślady!
W: Okazuje się, że jednak główna ścieżka biegła tędy. Jak mogłem ją przeoczyć?
V: Jak widać, inni też je przegapili i zasuwali bez sensu trawersem pod nawisami.
W: Znowu idziemy przez las.
V: Cholera, ile jeszcze?
W: Jeszcze trochę...
V: Teraz złazimy w dół, ślizgając się i potykając. Nic nie widać, tylko las i mgła. Zaraz szlag mnie trafi!
W: Szlak skręca w prawo. Dochodzimy do miejsca, gdzie powinien odchodzić czarny szlak łacznikowy, oczywiście jest kompletnie nieprzetarty. My odbijamy w lewo, w dół po krzaczastym zboczu. W przypływie złości siadasz na tyłku i zaczynasz zjeżdżać. Tempo osiągasz całkiem dobre i po chwili otrzepujesz się, juz na dole. I co, lepiej ci?
V: Trochę.
W: Idziemy wzdłuż Potoku Pańszczyckiego, mijamy się z jakimis turystami.
V: No nie! Znowu pod górę?! Gdzie ta polana?
W: Według GPS-a jeszcze półtora kilometra.
V: O rany... Mam już serdecznie dość.
W: Po chwili po lewej stronie od ścieżki otwiera się widok na spory, bezleśny obszar. To chyba nasza polana. Półtora kilometra jest do skrzyżowania szlaków, na drugim skraju.
V: Znowu pod górę... nie mam już siły.
W: Ciągniesz nogę za nogą. Wreszcie docieramy do skrzyżowania szlaków. Daję ci kanapkę. Jedz! Jesteś strasznie blada.
V: Po kanapce i herbacie robi mi się nieco lepiej.
W: Nabierasz kolorów. Rozmawiamy chwilę z turystami, którzy przyszli z Cyrhli i nie bardzo mogli połapać się, w którym miejscu na mapie się znajdujemy. Zaczynam się zastanawiać, jak dalej iść. Do wyboru są dwa warianty: przez Polanę pod Wołoszynem do Palenicy albo przez Gęsią Szyję na Rusinową Polanę i dalej przez Złotą Dolinę albo do Palenicy. Pierwszy wariant wiąże się jednak z koniecznością przejścia w poprzek Doliny Waksmudzkiej, a więc stromo w dół, stromo w górę i znów stromo w dół. Obawiam się, że mnie pobijesz... Wariant przez Gęsią Szyję to krótkie i lekkie podejście, a potem już tylko w dół. Przedstawiam ci mój plan. Jednomyślnie wybieramy wariant drugi.
V: Łagodnie wspinamy się na wąski grzebień skał Gęsiej Szyi , robimy sobie wspólne zdjęcie. Dalszą trasę dobrze znamy, więc od razu czujemy się lepiej.
W: Teraz już będzie tylko w dół. Gdy ścieżka zaczyna opadać stromiej w stronę Rusinowej Polany, wraca Ci fantazja i pokonujesz spory odcinek malowniczym dupozjazdem.
V: Jjjjuuuhuuuuu!
W: Ja nie mam ochoty wydłubywać śniegu spod kurtki, schodzę więc metodą klasyczną, dwunożną, ślizgając się co i rusz, zaliczjąc kilka "gleb". Mam raki w plecaku, ale nie chce mi się ich wyciągać na pięć minut.
V: Przy szałasach otrzepuję się, przysłuchując się grupie turystów śpiewających nabożne pieśni. I co teraz?
W: Chyba sobie darujemy Złotą Dolinę; jest już późno. Podchodzimy kawałek w stronę Wiktorówek, ale nie jestem pewien, którędy iść.
V: Może innym razem? Jestem zmęczona.
W: Racja. Schodźmy do Palenicy.
V: Zagłębiamy się w las. Ścieżka jest wyślizgana, ale idziemy żwawo.
W: W pewnym momencie natykamy się na jeszcze ciepły ślad po ognisku. Kto pali ogień w parku narodowym?
V: Może ci nawiedzeni pielgrzymi.
W: Szarzeje, gdy docieramy wreszcie na parking.
V: Do Zakopanego dojeżdżamy już nocą. Przybyło kolejne trzydzieści centymetrów śniegu.
W: Szkoda, że jutro musimy wracać. Chociaż gdzie tu iść w taką pogodę?
V: Jak to gdzie? Na narty! Jutro przed wyjazdem jedziemy na Nosal.

PS: V: Parkujemy pod Nosalem jeszcze przed otwarciem wyciągów.
W: Dasz radę? Może najpierw wjedźmy do połowy.
V: Ale ten wyciąg pędzi! Cholera, stromo.
W: Jedziemy?
V: Tak. Szuuuu!...
W: I jak się podoba?
V: Super! Białe szaleństwo.
W: Stok jest gładki, ale przysypany świeżym puchem. Za dwie godziny porobią się muldy i już nie będzie tak fajnie.
V: Jedziemy na samą górę.
W: Pewnie. Dobrze ci idzie.
V: Widok z góry sprawia, że mina mi nieco rzednie. Po chwili jednak sunę zakosami w fontannach pyłu. Bomba!
W: Po dwóch godzinach musimy niestety pakować się do samochodu. Czeka nas jeszcze dziś powrót do domu.
V: Wymyślasz trasę przez Słowację i Korbielów, żeby ominąć potencjalne korki na zasypanej Zakopiance.
W: Pomysł okazuje się mało trafiony: słowackie drogi pokrywa gruba warstwa śniegu, za Korbielowem ruch się zagęszcza, przebicie się przez Bielsko-Białą zajmuje nam ponad półtorej godziny. Na Śląsku wjeżdżamy w jakąś koszmarną zawieję; maksymalna możliwa prędkość nie przekracza miejcami czterdziestu kilometrów na godzinę. Dopiero od Częstochowy warunki stają się znośne.
V: Powrót do Warszawy zajmuje nam jedenaście godzin...

by v&w

powrót do listy tras