na Ganotzkogel
(6 czerwca 2008)

Matrei in Osttirol Matrei in Osttirol Kals-Matreier-Törl Kalser Höhe Ganotzkogel (powrót tą samą drogą)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: łatwa, łagodna, choć długa; w dużej części prowadzi bitą drogą
czas (bez odpoczynków): ok. 8 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 19 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Rano nie pada, mgły się podnoszą . Może będzie ładny dzień. Planujemy zdobyć Kalser Höhe, skąd będzie ładny widok na Grossglocknera.
V: Idziemy przez poranne Matrei, mijamy hotel i dolną stację wyciągu . Dalej droga pnie się asfaltowymi zakosami pomiedzy domami, kilkakrotnie przechodząc pod linami wyciągów . Przed każdym takim "skrzyżowaniem" stoi znak "Achtung! Schipisten"
W: Co to znaczy?
V: Uwaga, narciarze.
W: Tutaj trasa narciarska? Przez asfaltową drogę? A jak mieszkańcy dojeżdżają zimą do swoich gospodarstw? Klucząc między narciarzami?
V: Mgła gęstnieje, zasłaniając całkowicie widok na Matrei .
W: Ale jest jeszcze wcześnie rano, może koło południa się rozpogodzi.
V: Patrz!
W: Mijamy właśnie zagrodę, w której pasie się stado kóz. Jedno ze zwierząt ma potężne rogi - wygląda jak jakaś antylopa .
V: Dochodzimy do rozstaju. Skręcamy w lewo na gruntową, bitą drogę. "Achtung! Weidevieh! Parken auf eigene Gefahr" - głosi tabliczka na drewnianym płocie.
W: Co to znaczy?
V: Ostrzegają przed bydłem i że parkujesz na własne ryzyko.
W: Według mapy zaraz miniemy kapliczkę.
V: Rzeczywiście, stoi. A tam, co to?
W: Przed nami bielą się dwa budynki: ujęcie wody dla Matrei i dolna stacja wyciągu.
V: Gondole są zdjęte z liny i ustawione rzędami obok budynku. Zatrzymajmy się i zjedzmy coś, dobrze?
W: Zdejmujemy plecaki i przysiadamy na ławeczce.
V: Wyjmiesz czekoladę?
W: Otwieram plecak, gmeram w nim chwilę... o cholera!
V: Co się stało?
W: Nie mamy jedzenia.
V: Jak to nie mamy? Przecież przygotowaliśmy wszystko - i słodycze, i chleb, i jakiś pasztet...
W: Zostało w Matrei.
V: I co teraz?
W: Nie wiem.
V: Siedzimy w milczeniu, zastanawiając się.
W: Ale ze mnie gamoń...
V: Teraz to już nie ma co złorzeczyć. Będziemy szli wolno, żeby oszczędnie gospodarować naszymi zasobami energii, w końcu nie idziemy dziś niewiadomo jak wysoko.
W: Może ten Gasthaus na przełęczy będzie otwarty?
V: Może. Chociaż wątpię.
W: Ruszamy powoli drogą przez las. Strasznie jestem na siebie zły za takie zaniedbanie.
V: Rozglądam się dokoła w poszukiwaniu jakiś jagódek czy innych jadalnych roślin. Jagody nawet są, ale jeszcze nie owocują. Przypominam sobie wszystko, co wiem o ziołach.
W: Co ty robisz?
V: Szukam czegoś do jedzenia. Odrosty świerkowe są słodkawe, zrobimy sobie z nich wywar.
W: Jesteś pewna, że się nie otrujemy?
V: Nie bój się. O, jeszcze to. Dorzucam do kubka kilka liści poziomek i dwa spore pędy pokrzywy. Nie martw się, będzie dobrze.
W: Prawdziwy survival. Idziemy spokojnym, równym tempem. Droga nie jest stroma, przechodzi przez strumień, dalej biegnie prawie płasko.
V: W prześwicie miedzy drzewami widać wioskę - zaledwie pięć czy sześć domów, przyklejonych do zielonego zbocza .
W: Po chwili dochodzimy do dolnej "stacji" towarowej kolejki linowej. Pewnie tędy wwożą zaopatrzenie do Gasthausu.
V: Nie możemy tego stwierdzić na pewno, bo przez mgłę nic nie widać. Do tego delikatna mżawka zmienia się w regularny deszczyk.
W: Wygodna droga kończy się, idziemy teraz stromą ścieżką. Znowu jak Ścieżka nad Reglami.
V: Przechodzimy przez łakę z trzema niewielkimi stawami i zagłębiamy się w las. Podejście robi się męczące.
W: Do naszej ścieżki dochodzi druga. Jesteśmy na 1965 m n.p.m.. Do schroniska 250 metrów w pionie. Czyli za dwadzieścia minut powinniśmy być na miejscu.
V: Masz. Jedz.
W: Co to?
V: Zajęcza koniczyna. Smakuje trochę jak szczaw. Do oszukania żołądka.
W: Idziemy cały czas przez las. Niesamowite - w Tatrach na tej wysokości są tylko gołe skały.
V: Pada. Powoli opadamy z sił. Daleko jeszcze do schroniska?
W: Zaraz powinniśmy je zobaczyć.
V: Wychodzimy z lasu. Za mgłą, na tle nieba majaczy budynek i podpory wyciągu.
W: To musi być tu.
V: Popatrz, co znalazłam!
W: Co?
V: Łyżeczka. Prawdziwie alpejska!
W: Noga za nogą doczłapujemy się przed drewniany budynek. Oczywiście zamknięty na cztery spusty .
V: Nie ma nawet werandy. To nie schronisko, raczej sezonowy bufet. Winterraumu nie posiada.
W: Odpalamy maszynkę i gotujemy wywar z ziółek, które nazbierałaś .
V: Obchodzę teren w poszukiwaniu czegoś kalorycznego. Z boku są jakieś budynki gospodarcze, zagrody dla owiec. W kącie stoi mała bateria... piw Gösser! Waham się chwilę, po czym biorę jedno. Mam coś!
W: Co znalazłaś?
V: Piwo!
W: O!
V: W końcu to kalorie.
W: No jasne. Dobrze.
V: Doglądam wywaru, już chyba jest dobry. Otwieramy piwo i popijamy na zmianę. Pada coraz mocniej. Ubieramy się cieplej i próbujemy jakoś chować pod wąskim daszkiem przy ladzie bufetu. Wychodzimy spod niego tylko na moment, by zrobić sobie wspólne zdjęcie . Wywar smakuje jak żywiczna herbata ziołowa, da się wypić.
W: Trochę nieładnie... ktoś sobie przyniósł piwo, a my mu wypiliśmy...
V: Napiszemy kartkę. Ile kosztuje puszka piwa? Pewnie coś koło 1€. Masz tyle?
W: Znajdzie się.
V: To zostawimy. Tak będzie ładniej. Piszę na kartce krótkie przeprosiny.
W: Z mgły i deszczu wyłaniają się jakieś postacie - dwoje ludzi podchodzi od strony Kals.
V: Zanoszę kartkę i monety na miejsce zabranej puszki. Rozmawiam chwilę z przybyłymi turystami. Stwierdzają, że chyba już sobie darują i wrócą do Kals, bo przy takiej pogodzie nie ma sensu nigdzie iść.
W: No jak nie przestanie padać, to i my wrócimy.
V: Czekamy kilka minut. Ku naszej radości przestaje padać.
W: To co, idziemy dalej?
V: Pewnie. Ciepły ziołowy wywar i pół Gossera dodały mi energii. W końcu to nie jest aż tak daleko.
W: Idziemy ścieżką, która trawersuje zbocze. A mieliśmy iść grzbietem. Coś nie gra. Musimy się cofnąć.
V: Okazuje się, że minęliśmy właściwą ścieżkę, która faktycznie biegnie malowniczo trawiastym grzbietem. Czuję się trochę jak w Tatrach Zachodnich.
W: Zaczyna padać, przestaje, za chwilę pada, znowu przestaje. Momentami odwiewa chmury i widać tu i ówdzie okoliczne szczyty. Co jakiś czas przechodzimy obok kolorowych tablic dydaktycznych. Niewiele z nich mogę się dowiedzieć, ale niezmordowanie tłumaczysz mi teksty o zachowaniu się zimą w górach, o śnie zimowym zwierząt i innych ciekawostkach.
V: Na jednym z garbów grzbietu stoi wielki krzyż, bardzo nietypowy: ma kształt litery "T", wisi na nim wyrzeźbiony z drewna Chrystus, a całość podtrzymują stalowe odciągi.
W: Idziemy dalej grzbietem. Przypomina mi to podejście na Kopę Kondracką - każdy kolejny garb nie jest tym właściwym szczytem... Deszcz i mgła ograniczają widoczność i trudno się zorientować, jak daleko jeszcze. Wyciągam GPS. Wprawdzie nie mam wgranej mapy okolicy, ale mogę chociaż sprawdzić, na jakiej wysokości jesteśmy. 2400 metrów. Grzbiet robi się niemal płaski. Widać przed nami kolejne wzniesienie, pokryte częściowo śniegiem.
V: Daleko jeszcze?
W: To chyba jeszcze nie to wzniesienie. Ścieżka przechodzi bokiem, trawersując zbocze.
V: Przechodzimy przez śnieg i dalej trawersem poniżej kopulastego garbu. Oczom naszym ukazuje się kolejne, wyraźne wzniesienie, a za nim skalisty szczyt z krzyżem.
W: O, to będzie to pierwsze.
V: Rany, jak daleko...
W: Przystajemy na chwilę przy zamkniętej drewnianej budce. Na drzwiach wisi tabliczka "2420 m". Obok, w poprzek grzbietu, przebiega linia energetyczna łącząca Kals i Matrei. Komuś się chciało ciągnąć drewniane słupy na taką wysokość.
V: Odpoczywamy. Moje zasoby energii są na wyczerpaniu.
W: Mam pomysł. Zostawmy tu plecaki, przecież w okolicy nie ma kompletnie nikogo, i chodźmy "na lekko".
V: Pomysł pozbycia się ciężaru choć na chwilę bardzo mi się podoba. Wstawiamy plecaki pod okap budki i tylko z kijkami i aparatem ruszamy nieco raźniej .
W: Przechodzimy przez szeroką przełęcz, mijając tablice informacyjne i ławki. Zaczyna się ostatnie podejście.
V: Tempo marszu znowu spada. Dużo bym teraz dała za kilka kostek czekolady.
W: Powoli zaczyna mi coś nie grać. Zatrzymuję się w połowie podejścia. Idziesz jakieś trzydzieści metrów za mną. Budka i nasze plecaki są już znacznie niżej. Na szczyt miało być raptem piętnaście metrów w pionie. Wyjmuję GPS. 2470 metrów!
V: Ile jeszcze?
W: Słuchaj, jesteśmy już wyżej niż Kalser Höhe.
V: Jak to?
W: Kalser Höhe to ten garbik obok naszej budki. Wchodzimy teraz na nastepną górę.
V: To ja wracam.
W: A poczekasz na mnie? Pójdę jeszcze kawałek dalej.
V: Posiedzę przy plecakach. Tylko nie siedź za długo na górze.
W: Zawracasz, a ja żwawo pokonuję ostatnie dwieście metrów. Docieram na 2540 metrów. Ze szczytu odsłania się wspaniały widok: przede mną skaliste ściany, w dole w polodowcowym kotle górna stacja wyciągu krzesełkowego i budynek restauracji , w oddali schowane w chmurach pobliskie trzytysięczniki . Spoglądam w stronę Grossglocknera, niestety również skrytego w chmurach. Biorąc pod uwagę dzisiejszą pogodę, to utrafiłem całkiem dobry moment - nie pada i coś jednak widać. Robię panoramę (panorama z Ganotzkogel patrz >> tu), próbując nie objąć stojącego na szczycie masztu z baterią słoneczną i tajemniczymi przyrządami meteorologicznymi . W końcu ruszam w dół. Próbuję cię wypatrzeć, ale widzę tylko smętne, zmoknięte owieczki, pasące się poniżej budki. Coś się stało? Gdzie się podziałaś? Z rosnącym niepokojem przemierzam przełęcz i wołam cię. Nic. Wołam głośniej...
V: Droga w dół poszła łatwiej. Wkrótce dotarłam do budki. Próbując schronić się przed deszczem, wciskam się pod okap, przysiadając miedzy plecakami. Opieram głowę o drewnianą ścianę, przymykam oczy... z kilkusekundowej drzemki wyrywa mnie wołanie. Wychylam się zza budki.
W: Jesteś! Zacząłem się martwić.
V: No i jak?
W: Całkiem fajne widoki. A Kalser Höhe to ten garb koło nas. Zróbmy sobie zdjęcie .
V: Dobrze. A potem w drogę.
W: Zakładamy plecaki i ruszamy.
V: W miarę szybko pokonujemy pofalowany grzbiet i docieramy do schroniska. Nie zatrzymujemy się przy nim - znowu pada, więc chcemy jak najszybciej znaleźć się na porządnej drodze.
W: Ostatni raz rzucamy okiem na zamglone góry i wchodzimy w las. Robi się cieplej, przestaje padać.
V: Popatrz, jaki magiczny las! Drzewa obrośnięte są w całości grubym mchem . A tam z mgieł wyłaniają się skaliste szczyty .
W: Po chwili znowu przystajemy, bo robi nam się gorąco. Zdejmujemy kurtki.
V: Schodzimy ścieżką przez las; wydaje nam się teraz o wiele bardziej stroma. Wreszcie dochodzimy do łąki z trzema stawami.
W: Niedługo dojdziemy do bitej drogi.
V: Faktycznie, po chwili pod stopami chrzęści nam biały żwir drogi. Chowamy kijki.
W: Porządkujemy plecaki. Chowam kurtkę do środka.
V: Ruszamy w dół. Droga, podobnie jak wcześniej ścieżka, też wydawała nam się mniej stroma.
W: Nie mija nawet pięć minut, gdy zaczyna lać. Waham się przez chwilę, po czym ze złością zrzucam plecak na ziemię, odpinam raki i czekan, wygrzebuję ze środka kurtkę, przypinam raki i czekan. Irytujące.
V: Zaciągamy kaptury i smętnie człapiemy dalej. W butach chlupocze woda.
W: Mimo wszytko drogą idzie się w miarę komfortowo i szybko. Wkrótce dochodzimy do miejsca, gdzie rano zorientowaliśmy, że nie mamy jedzenia.
V: Zdaję sobie sprawę, że jeszcze spory kawałek, ale mam już serdecznie dość: jestem zmoknięta, głodna i zmęczona. Do tego parzą mnie rozmoczone podeszwy stóp.
W: Moje stopy są w podobnym stanie.
V: W końcu dochodzimy do asfaltówki.
W: Idziesz coraz wolniej, co chwila przystajesz. Co się dzieje?
V: Stópki mnie bolą... Nie mam siły...
W: O dziwo, mnie idzie się całkiem znośnie. Nawet nie czuję już głodu. Mogę wziąć twój plecak.
V: Naprawdę?
W: Tak. Daj.
V: Z ulgą pozbywam się ciężeru.
W: Idziemy w dół, zatrzymując się kilkakrotnie. Wreszcie wyszliśmy poniżej chmur i mamy widok na dolinę Tauerntal i na Matrei . Patrz! Tam jest ten wodospad, który wczoraj mijaliśmy i przełom rzeki. Rany, jaka ta dolina jest gigantyczna!
V: W końcu docieramy do Matrei. Chodźmy od razu do sklepu.
W: Nie, najpierw coś zjedzmy, przebierzmy w suche ciuchy. Pójdę potem, nawet sam.
V: Ostatkiem sił docieramy do naszego pokoju. Zwalam się na leżak na balkonie, ściągam tylko kompletnie mokre buty i zapadam w drzemkę.
W: Jedz czekoladę. Nie śpij. Widzę, że dziś ty masz taki "zjazd" jak ja wczoraj. Idź pod ciepły prysznic, to ci dobrze zrobi.
V: Po ciepłej kąpieli i przekąszeniu czegoś słodkiego włażę pod kołdrę i natychmiast zasypiam.
W: Ja w tym czasie idę po zakupy. Z góry wypatrzyłem koło naszego domu coś, co wyglądało na supermarket. Niestety, okazuje się, że to remiza straży pożarnej. Niepocieszony wracam.
V: Budzisz mnie. Co?... aha. Musimy iść do Billi? No dobrze. Już mi lepiej.
W: Trzeba się spieszyć, bo nie zdążymy.
V: Żwawym spacerkiem przebiegamy przez pół Matrei i docieramy do marketu - podobnie jak wczoraj - na pięć minut przed zamknięciem. Tym razem udaje nam się jednak zrobić normalne zakupy.
W: Wracamy spokojnie do domu, jemy porządną kolację i bardzo szybko idziemy spać.

PS W: Po przeanalizowaniu mapy doszliśmy do wniosku, że szczyt, który zdobyłem, to Ganotzkogel, a ten skalisty z krzyżem - to musiał być Blauspitz.

by v&w

powrót do listy tras