na Wołowiec zimą
(6 marca 2008)

Siwa Polana Dolina Chochołowska Polana Chochołowska Grześ Rakoń Wołowiec (powrót tą samą trasą)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: jedna z łatwiejszych zimowych tras, niebepieczna tylko przy złej pogodzie i wysokim zagrożeniu lawinowym
czas (bez odpoczynków): ok. 10 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 26,5 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

V: Budzik dzwoni o nieludzkiej szóstej rano. Tarmosisz mnie z zapałem.
W: No wstawaj!
V: Uhm...
W: No wstań, zobacz, jaki ładny dzień!
V: Kompletnie nie wypoczełam po wczorajszych "szaleństwach". Wszystko mnie boli...
W: Rozruszasz się po drodze.
V: A jaki jest plan na dziś?
W: Myślałem żeby podejść na Raczkową Czubę.
V: Wsiadamy w samochód i po kilku minutach jesteśmy na prawie pustym parkingu na Siwej Polanie.
W: O dziwo, budka TPN-u już działa.
V: Ostre promienie słońca rozświetlają poranne mgły . Jest cicho i pięknie.
W: Czemu tak się wleczesz?
V: Muszę się rozruszać.
W: Do Hucisk tempo marszu się nie zmienia. Z twojej miny wnioskuję, że nie jesteś nastrojona na wysokogórskie trasy .
V: Zupełnie nie mam siły...
W: Przeszarżowałaś wczoraj. Co więc robimy?
V: Ja chyba za wysoko nie wejdę.
W: Właśnie widzę.
V: Mamy jakiś wariant B?...
W: Wołowiec, ale to równie daleko.
V: Mogę poczekać na ciebie w schronisku...
W: Ok, więc tak zróbmy.
V: Stajemy na skraju Polany Chochołowskiej. Nad rozrzuconymi w śniegu bacówkami idealnie błękitne niebo. W oddali "lukrowane" szczyty, skrzące się w ostrych promieniach słońca. Ślicznie!
W: Docieramy do schroniska, na werandzie przepakowujemy plecaki.
V: Weź moje okulary słoneczne, bo się nabawisz zapalenia spojówek. I daj znać ze szczytu. Kiedy się Ciebie spodziewać?
W: Myślę, że całość zajmie mi około sześciu godzin.
V: Uważaj na siebie.
W: Wyruszam na szlak prowadzący na Grzesia. Po kilku krokach mijam dwóch turystów, którzy zakładają stuptuty. Ścieżka jest ładnie wydeptana, ale śnieg jest stwardniały i bardzo śliski. Zatrzymuję się i zakładam raki. Spotkana przed chwilą dwójka turystów wyprzedza mnie; ruszam kilkadziesiąt metrów za nimi. Z poczatku idę dość szybko, jednak wkrótce temperatura powietrza daje się we znaki i tempo marszu nieco spada. Szlak trawersuje zbocza Grzesia, w kilku miejscach zza drzew ukazują się szczyty Tatr Zachodnich. Przez Tomanową Przełęcz "przelewa się" potężna chmura, podobne zjawisko widzę nad Łopatą i Raczkową Czubą . Starorobociański zdaje się "dymić" niczym ośmiotysięczniki . Wygląda to na nadchodzący halny. Mam nadzieję, że dojdę do Wołowca i coś jednak zobaczę ze szczytu.
Wkrótce las się kończy. Dwójka turystów cały czas idzie w niewielkiej odległości przede mną, w dalszej perspektywie dwóch ski-turowców podchodzi już pod sam szczyt Grzesia. Na otwartym zboczu słońce przypieka znacznie bardziej niż w lesie. Zakładam zbawienne okulary. Ufff... od razu lepiej. Mija dłuższa chwila, zanim przyzwyczajam wzrok do zmienionych kontrastów, ale szybko doceniam zalety okularów. Żeby jeszcze choć trochę wiało... straszny upał.
Na szczycie Grzesia odpoczywam chwilkę, zjadam dwa kabanosy i batonik; od razu lepiej. Tu na szczęscie nieco wieje, po chwili bezruchu robi mi się nawet chłodno. Widok gór nie napawa jednak przesadnym optymizmem - to rzeczywiście klasyczny wał chmur, jaki powstaje w czasie halnego . Szczyt Wołowca skrył się już w chmurach. "Znajoma" dwójka turystów wyrusza dalej, dwóch ski-turowców jeszcze odpoczywa, ale widzę, że i oni kierują się w tym samym kierunku, co ja. Zarzucam plecak, łapię kijki w dłoń i ruszam w dalszą drogę. Schodzę kilkadziesiąt metrów w dół, następnie wchodzę te same kilkadziesiąt w górę i jestem na łagodnie nachylonym grzbiecie Długiego Upłazu. Na samym grzbiecie śniegu jest niewiele, miejscami wystaje trawa, jednak na zboczach gromadzą się całe poduchy przewianego i zbitego wiatrem puchu. Nawet w tak dobrych warunkach raki przydają się - idzie mi się lekko i nie ślizgam się na zlodowaciałym "betonie". Dwójka idąca przede mną przystaje na odpoczynek, wyprzedzam ich o kilkadziesiąt metrów. Szczyt Rakonia jest już coraz bliżej , ale droga dłuży się strasznie, w dodatku zaczyna wiać zimny wiatr. Docieram wreszcie do kopuły z polskimi i słowackimi tabliczkami. Zostało mi ostatnie, ale kto wie czy nie najgorsze podejście - na Wołowiec. Wyciągam z plecaka kurtkę i zakładam ją. Niby nadal świeci słońce, jednak tu jest sporo zimniej, no i jeszcze ten wiatr. Szczyt Wołowca chowa się w chmurze , szanse na zobaczenie czegokolwiek z wierzchołka są raczej niewielkie.
Ruszam dalej, mijam Przełęcz pod Wołowcem. Zejście do Wyżniej Chochołowskiej nieprzetarte, ale i tak prowadzi przez nawisy i lawiniasty kocioł - nawet gdyby ściezka była wydeptana, to i tak wracałbym przez Grzesia. Zaczyna się ostre podejście pod Wołowiec. Idzie się strasznie ciężko, w pewnym momencie robi mi się wręcz mdło z głodu. Zatrzymuję się i zjadam ostatnie kabanosy i batonik. Taaak... od razu lepiej. Gdzieś przede mną, już we mgle, widzę dwie podpierające się czekanami sylwetki, które powoli przesuwają się w górę. Wyprzedzona na Długim Upłazie dwójka dogania mnie; idziemy teraz razem. Wkrótce wszystko niknie w białym mleku; widoczność na kilkanaście metrów. Nie sposób jednak zgubić drogę, grzbiet jest bardzo wyraźny. Momentami wpadamy po kolana w kopny śnieg, czasem muszę mocno stawiać nogi, aby wbić zęby raków w twardy lód. Moi towarzysze idą w samych butach i muszą wyszukiwać bardziej kopnego śniegu, żeby się nie ślizgać. Na szczęście po wydeptanych śladach idzie się mimo wszystko dość łatwo. Jeden z turystów sprawdza na GPS-ie wysokość. "2032" - mówi. Już końcówka. I rzeczywiście: przed nami wyłania się ostatnie podejście i po chwili stoimy już na wierzchołku. Słupki graniczne, polsko-słowacie tabliczki i dwójka turystów z czekanami, których widziałem wcześniej . Wiatr na szczycie jest zaskakujaco słaby, więc dłuższą chwilę odpoczywam, zjadam nieco chleba, robię kilka zdjęć sobie i - gdy mgła nieco rzednie - również okolicznym szczytom. Nie zapowiada się jednak, by mgła miała całkowicie się rozejść. Wysyłam SMS-a do ciebie, zakładam plecak i ruszam w dół. Nieco przede mną schodzi dwójka z czekanami; dwójka, która szła w pobliżu mnie od Grzesia, pozostaje na szczycie. Wkrótce wychodzę z chmur, robię więc zdjęcia Dolinie Chochołowskiej , Stawom Rohackim i Rakoniowi . Mijają mnie podchodzący w górę narciarze, których spotkałem na Grzesiu. Wymieniam z nimi kilka uwag o warunkach na szlaku i wyrażam swoją szczerą zazdrość, że ja nie jestem na nartach - to musi być wspaniała sprawa zjechać na dół w dwadzieścia minut, a nie dreptać przez dwie godziny. Narciarze ruszają dalej w górę, ja jeszcze fotografuję chmury "przelewające się" przez grań. "Sesja fotograficzna" jednak sprawia, że moje dłonie prawie tracą czucie, zakładam więc rękawiczki i już nie ruszając aparatu schodzę na przełęcz, a potem docieram na Rakoń. Tu jest już znacznie cieplej, nie wieje, zdejmuję więc kurtkę i chowam ją pod klapę plecaka. Na Rakoniu stoi grupa kilkunastu francuskich narciarzy ski-turowych z polskim przewodnikiem. Nieco mnie to dziwi - gdybym mieszkał we Francji i miał takie góry jak Alpy, to nie jeździłbym szukać stoków do zjazdów w Tatry.
Jak na złość, teraz szczyt Wołowca wychodzi z chmur. Grrr... Francuzi będą mieli wspaniałe widoki , dlaczego ja nie mogłem mieć? Trudno się mówi, może innym razem. Ruszam w dół Długim Upłazem. Zmrożony uprzednio śnieg teraz jest znacznie bardziej miękki i mokry. Mógłbym już darować sobie raki, ale wiem, że na tym odcinku czekają mnie jeszcze niewielkie, ale bądź co bądź podejścia. Okazuje się, że nawet tak nieduże fragmenty pod górę są mocno odczuwalne dla zmęczonych już mięśni. Najgorsze wydaje się ostatnie podejście, pod sam szczyt Grzesia. Zauważam jednak przetarty przez narciarzy trawers, dzięki któremu mogę ominąć sam szczyt i dojść bezpośrednio na przełączkę pod nim. Nie zastanawiam się więc zbytnio i ruszam trawersem. Uff... teraz już tylko w dół. Śnieg coraz bardziej mokry, lepi się do raków, zapadam się miejscami po kolana. Wiem jednak ze bez raków jechałbym na butach i zapewne parę razy leżał w tej brei. Gdy ścieżka skręca w las, zatrzymuję się jednak, zdejmuję raki i okulary. W pierwszym momencie razi mnie biel śniegu, ale w lesie w okularach byłoby za ciemno. Tu ścieżka nie jest tak rozmoknięta, cień utrzymuje niską temperaturę. Bez raków idzie się lżej, choć marsz przypomina bieg, a raczej zjazd na butach. Udaje mi się jednak ani razu nie leżeć i w rekordowym tempie, którego z pewnością nie osiągnąłbym latem, docieram do schroniska. Wchodzę po schodkach na piętro i widzę cię siedzącą przy jednym ze stolików.
V: Siadasz obok blady i spocony. Może gorącą czekoladę?
W: Chętnie.
V: No i jak było?
W: Fajnie, ale straszny kawał drogi. Widoki super, jednak sam szczyt Wołowca w chmurach.
V: Przy sąsiednim stoliku spora grupa turystów rozmawiająca po francusku.
W: Ooo, tych samych spotkałem na Rakoniu, jeździli na nartach.
V: Zjadamy resztę kanapek, składamy zimowy sprzęt i powoli ruszamy w dół doliny. Jest bardzo ciepło. Pokryta rano lodem droga zmieniła się w potok.
W: Robię ci jeszcze kilka zdjęć .
V: Patrz, paralotniarz! Będzie lądował .
W: Idziemy dalej. Woda chlupocze nam już w butach . Po kilku godzinach wypoczynku w schronisku siły ci wróciły, maszerujesz teraz całkiem raźno.
V: Idziemy, idziemy, idziemy... w końcu zmęczeni docieramy do Siwej Polany.

PS W: Wracająac na Krzeptówki, uświadamiamy sobie, że nie kupiliśmy oscypków dla rodziny. Postanawiamy szybko się umyć, zjeść porządny obiad w pobliskiej karczmie i przejść się spacerkiem na Krupówki - tam napewno znajdzie się jakiś sprzedawca oscypków.
V: Spacer okazuje się bardzo przyjemny. Zakopane poza sezonem jest wieczorem prawie puste i ma niepowtarzalny klimat.

by v&w

powrót do listy tras