na Szeroką Przełęcz Bielską i Szalony Przechód
(23 września 2007)

Ździar-Średnica (Ždiar-Strednica) Dolina Bielskiego Potoku (Monkova dolina) Ptasikowska Rówienka Dolina Reglana (dolina do Regli) Dolina Szeroka (Široka dolina) Szeroka Przełęcz Bielska (Široké sedlo) Szalony Przechód (Vyšné Kopské sedlo) Przełęcz pod Kopą (Kopské sedlo) Dolina Zadnich Koperszadów (Zadné Meďodoly) Dolina Jaworowa (Javorová dolina) Jaworzyna Spiska (Tatranská Javorina)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: łatwa, piękna widokowo
czas (bez odpoczynków): ok. 6-7 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 14,5 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Dzwoni budzik. Nie reagujesz, więc zaczynam cię tarmosić. W końcu budzisz się.
V: Czuję się fatalnie. Boli mnie gardło i chyba mam gorączkę.
W: Co robimy?
V: Ja nie idę. Idź sam. Tylko masz robić dużo zdjęć.
W: Ale sam? Chciałem z tobą...
V: No idź.
W: Wychodzę z Krzeptówek dwadzieścia po szóstej. Na szczęście dość szybko łapię busa. Na dworcu okazuje się, że PKS do Popradu kursuje chyba tylko do 21 września. Nie jestem tego pewien, bo dalsza część informacji na rozkładzie jest urwana. Co tu robić? Idę na drugą stronę ulicy, skąd odjeżdżają busy do Palenicy. Nie tym razem jednak - jest już wrzesień i o tej godzinie chętnych jest niewielu. Czekam ponad pół godziny, aż uzbiera się tyle osób, żeby kierowca raczył pojechać. Tych chętnych jest nadal za mało, więc przyjeżdża inny, mniejszy busik, gdzie wchodzimy "na wcisk". Na szczęscie droga do Łysej Polany szybko mija. Wysiadam na zupełnie pustym przejściu granicznym i już po chwili stoję na słowackim parkingu dla SAD-ów. Tu rozkład jest jeszcze bardziej lakoniczny, ogranicza się do paska papieru z godzinami odjazdów przyklejonego do pnia drzewa. Najbliższy SAD jest o 8.20, za pół godziny. Ale figuruje przy nim tajemnicza literka "L". Jedyny poza mną oczekujący też nie wie, co to może oznaczać... "L"? Może léto? Oj, to niedobrze... nie wiem, kiedy kończy się słowackie lato, ale podejrzewam że z końcem wakacji. A SAD bez tajemniczego "L" jest dopiero po 10. Zastanawiam się, co będzie, jeśli ten o 8.20 nie przyjedzie. Pozostaje mi autostop; do Ździaru jest kilkanaście kilometrów - przecież nie będę szedł piechotą. Staję więc przy drodze, wyciągam rękę... i nagle zza zakrętu wyjeżdża polski PKS z Zakopanego do Popradu. Ufff... teoretycznie nie wolno im zabierać ludzi za granicą, ale znów natrafiam w tym miejscu na uprzejmego kierowcę. Po kilku minutach wysiadam na kompletnie pustym parkingu przy wyciągach narciarskich w Ździarze-Średnicy. Pogoda równie piękna, jak wczoraj, a od lasu ciągnie równie przejmujący chłód. Z tego miejsca Tatry Bielskie wyglądają naprawdę imponująco, więc nie omieszkam zrobić panoramy. Tylko którędy teraz iść? Wyjmuję przewodnik Nyki, jest w nim taka droga, którą tu również widzę, więc raźno ruszam lekko pod górę, w kierunku pagórka pokrytego szczątkami połamanego przez wichurę lasu. Idę, idę... droga zaczyna zanikać. Na szczycie pagórka orientuję się, że coś chyba jednak jest nie tak. Wyjmuję jeszcze raz mapę. A niech to, pagórek jest zaznaczony, a droga powinna iść dolinką pod nim. Tyle że droga "na przełaj" do tej dolinki wiedzie przez resztki wiatrołomów i to dość stromo w dół. Cofam się więc kawałek i odnajduję inną drogę, biegnącą jak mi się wydaje do tej dolinki. Po chwili znów jestem zmuszony zawrócić, bo droga podobnie jak poprzednia zanika wśród połamanych pni. Zdenerwowany wyjmuję GPS. Od pół godziny kręcę się w miejscu i nadal nie znalazłem wejścia na szlak. Wg GPS-a rzeczywiście muszę zejść do dolinki. Cofam sie więc i na przełaj przez łąkę pod wyciagiem narciarskim schodzę w dół. I tu wreszcie znajduję drogę prowadząca w dolinkę, nawet znakowaną na zielono. Ufff, wreszcie jestem na szlaku. Idę obrzydliwą, rozjeżdżoną przez ciągniki błotnistą drogą obok dość ładnego potoku. Idę raźno, bo panuje to odczuwalny chłód. Po kilkunastu minutach oczom moim ukazuje się budka, gdzie należy kupić bilet na naučny chodnik na Szeroką Przełecz Bielską. Płacę 30 koron, dostaję bilet i ruszam na szlak. Jest on oznaczony inaczej niż wszystkie inne szlaki turystyczne - białym kwadratem z zielonym przekreśleniem . Poza tym narazie nie różni się niczym od innych szlaków - zwykła ścieżka w cienistej, wąskiej dolince. Wkrótce dochodzę do mostka, za którym ścieżka staje się odrobinę bardziej kamienista i prowadzi teraz wzdłuż koryta wyschniętego potoku. Jestem nieco rozczarowany tym naučnym chodnikom. Spodziewałem się choćby jakichś tabliczek informacyjnych o co ciekawszych miejscach. A tu nic. Wkrótce przede mną wyłania się strzelista wapienna skała . To Łasztowica, więc zaraz dojdę do miejsca, gdzie zacznie się strome podejście. I rzeczywiście zaczyna się. Zarówno przede mną, jak i za mną idzie całkiem sporo turystów. Podejście jest naprawdę mozolne, co i rusz z błotnistej ścieżki wystają wyślizgane wapienne kamienie, na jednym z nich umieszczono nawet krótki łańcuch, który wzbudza moją wesołość, bo jest tu chyba dla ozdoby. Momentami widać wąski skalny wąwóz w progu doliny, którym spływa malowniczo woda , a powyżej niego szerokie siodło i błękit nieba . Wreszcie ścieżka wychodzi ponad las i staje się łagodniejsza. Jest tu jednak znacznie więcej błota. I to jest ten cały naučny chodnik, za który trzeba dodatkowo płacić? To jeden z najgorzej utrzymanych szlaków, jakie widziałem po słowackiej stronie Tatr. Odwracam się - pięknie widać Pieniny ponad małym morzem mgieł w dolinie Dunajca. Idę dalej pod górę wśród błota i zeschłej trawy. Wreszcie ponad progiem ukazuje się całkiem ładna Dolina Szeroka . Jest to typowy kocioł polodowcowy. Na jego zboczach płaty śniegu i... stada kozic . Szkoda, że nie mam teleobiektywu. A przede mną już chyba Szeroka Przełęcz Bielska. Jest coraz cieplej, topiący się śnieg powiększa i tak już dużą ilość błota na ścieżce. Jeszcze pół godziny podejścia i wreszcie dochodzę na przełęcz. Widok niesamowity: całe wschodnie, najwspanialsze chyba skrzydło Tatr Wysokich wprost przede mną jak na wyciągnięcie ręki . Dalej w kierunku zachodnim widać Gerlach, Wysoką, Rysy, Kozi Wierch, Wołoszyn i Koszystą. A na horyzoncie wyraźnie i ostro rysuje się łagodna linia Pilska. Poniżej ośnieżonych szczytów piękne doliny w jesiennych kolorach, a tuż koło mnie wapienne szczyty Płaczliwej Skały i Szalonego Wierchu, na które wiodą wyraźne, mocno kuszące perci. Jedyne co mi zakłóca kontemplację panoramy to spory "tłumek" na przełęczy . Po chwili odpoczynku ruszam więc dalej w górę zboczami Szalonego Wierchu. Tu robi się zupełnie pusto, wszyscy chyba zostali na przełęczy. Kawałek dalej dochodzę do Szalonego Przechodu i ze skalistej buli Szalonej Kazalnicy uwieczniam jeszcze rozleglejszą panoramę (panorama z Szalonej Kazalnicy patrz >> tu). Jedyny jej minus to to, że nie widać już Gerlacha. Proszę jeszcze słowackiego turystę o zrobienie mi zdjęcia i schodzę na stronę doliny Przednich Koperszadów, a potem trawersując zbocze docieram do Przełęczy pod Kopą . O rany, jaka różnica w przejrzystości powietrza w porównaniu z tym, co widzieliśmy tu w zeszłym roku! Niby widać to samo, ale teraz ostro, wyraźnie i kontrastowo. Jakiś polski turysta przyglada mi się podejrzliwie, a potem nieśmiało pyta czy chodzę poza szlakami, bo tu jest zakaz wejścia, a ja właśnie stamtąd zszedłem. Tłumaczę mu więc, że zakaz jest dlatego, że to teoretycznie jednokierunkowy szlak i jakby tędy ludzie wchodzili, to już by za niego nie płacili. Po chwili odpoczynku ruszam w dół do Zadnich Koperszadów . W przeciwieństwie do płatnego szlaku ze Ździaru ten jest bezpłatny, ale za to znakomicie utrzymany - żadnego błota, kamieni, ścieżka równa i ubita. Poza tym trawersując stoki Bielskich ma tak znikome nachylenie, że można nim prawie zbiegać. Idzie się naprawdę przyjemnie. Z dołu ciagną całe tabuny ludzi. No tak, niedziela i jeszcze taka piekna pogoda robią swoje. W pewnym momencie fala ludzka jednak się kończy jak nożem uciął i potem przez dobre 20 minut nie spotykam nikogo. Dochodzę wreszcie do lasu, rzucam ostatnie spojrzenie w górę doliny, składam kijki i dalej wędruję już szeroką drogą wzdłuż malowniczego potoku. Dolina zwęża się w wspaniały wapienny wąwóz , po czym znów rozszerza, łącząc się z doliną Jaworową. Niedługo wychodzę na polanę Gałajdową. Oczywiście robię zdjęcia wspaniałego, górującego nad otoczeniem Lodowego Szczytu i z ciekawością podchodzę do ścieżki dydaktycznej, która w zeszłym roku była w budowie. Teraz jest już ukończona i naprawdę ciekawa . Opowiada o geologii Tatr, oprócz tablic informacyjnych są tu również zebrane różne skały z przybitymi tabliczkami. Najbardziej podoba mi się pomysł wyszlifowania fragmentu każdej z nich. Można więc łatwo zobaczyć, jak szorstki granit czy wapień pięknieje po oszlifowaniu . Dalej cudnej urody "vodnohospodarsky objekt" i o dziwo ubita i wyrównana droga w Jaworowej. Gdy szliśmy tu w czerwcu, jeszcze była kamienista. Wkrótce docieram do Jaworzyny. Do Łysej Polany jest raptem pół godziny marszu, więc ruszam raźno poboczem szosy . Jakie jest moje zdziwienie, gdy nagle koło mnie zatrzymuje się samochód na nowotarskiej rejestracji i kierowca pyta, dokąd mnie podwieźć. No do Łysej Polany, chyba że pan jedzie do Zakopanego, odpowiadam zaskoczony. Siadam z tyłu, i po chwili jesteśmy już na Łysej Polanie. Kierowca i jego towarzyszka udają się do sklepu, więc korzystam z okazji, żeby kupić jakieś słowackie piwko i czekoladę studentską. W sklepie panuje jednak taki tłok, że szybko rezygnujemy. Po drodze rozmawiam z tymi niezwykle uczynnymi ludźmi o prawie wszystkim, o czym się da, choć głównie o życiu w Warszawie i o naszych przyjazdach w Tatry. A okazali się rzeczywiście niezwykle uczynni, bo jechali do Nowego Targu, ale nie widzieli problemu, żeby zrobić kilkanascie kilometrów dodatkowo po to, by mnie podrzucić do Zakopanego. Tak więc dziękując serdecznie wysiadam przy dworcu, skąd niestety już piechotą ruszam na Krzeptówki.
V: Jesteś nareszcie.
W: Szkoda, że cię nie było. Taka fajna wycieczka.
V: Pójdziemy kiedyś razem.
W: Po krótkim odpoczynku i obiedzie z konserwy ruszamy do Warszawy.
V: Powrót do rzeczywistości...
W: Ale mieliśmy idealną pogodę. Naprawdę udany wyjazd.

by v&w

W: W drodze powrotnej zaczęło mnie boleć gardło. Przez następny tydzień kichałem i prychałem...

powrót do listy tras