na Butorowy Wierch
(10 kwietnia 2006)

trasa: bardzo lekka, piękna widokowo; typowa trasa na dzień wypoczynkowy lub gdy duże zagrożenie lawinowe uniemożliwia jakiekolwiek górskie wycieczki

V: Ósma rano. Samochód zaholowany do warsztatu. Zajrzą do niego dopiero o jedenastej. Co tu robić?
W: Zamiast siedzieć i się zamartwiać, chodźmy się gdzieś przejść. Może na Butorowy Wierch? Blisko, a widoki wspaniałe. Co ty na to?
V: Ok.
W: Idziemy jak na spacer; bez plecaków, stuptutów, kurtek, kijków i innych "akcesoriów".
V: Pogoda piękna, słońce przygrzewa.
W: Ale w górach wieje halny. Spójrz, jak chmury szybko przepływają przez szczyty.
V: Z Krzeptówek nieco w dół, a potem w górę, przez Kościelisko. Fajnie tu mieszkać, takie genialne widoki... Pomyśl, jesz sobie śniadanko patrząc na góry...
W: Ech... Skręcamy w stromo biegnącą drogę na Butorowy Wierch.
V: Rany, co to jest?
W: Peerelowski dom wczasowy.
V: Ale obrzydlistwo.
W: Owszem. Ciekawe, kto dziś chce tu przyjeżdżać?
V: Pewnie jakieś kolonie tylko.
W: Moment i jesteśmy pod krzesełkami wyciągu . Wyżej nie ma co iść, widok wiele się różnić nie bedzie.
V: Tutaj już wieje dość mocno.
W: Nad górami wał skłębionych chmur .
V: Kontemplujesz widoki .
W: Szkoda, że nie można wejść na Kominiarski Wierch, podoba mi się . A tam Dolina Małej Łąki, byliśmy tam wczoraj .
V: Widać tą Świstówkę jakąśtam?
W: Dokładnie. Zobacz, jak fajnie widać masyw Giewontu .
V: Chwilę stoimy jeszcze na łące, pstrykamy panoramę (panorama z Butorowego Wierchu patrz >> tu).
W: Czas wracać.
V: Racja, chłodno się robi. No i trzeba się dowiedzieć, co z naszym samochodem.
W: I jak, podobała się wycieczka?
V: Spacerek właściwie. Ale przyjemny, na takie "odpoczynkowe" dni.

PS V: Samochód odebraliśmy z warsztatu o 15. Okazało się, że zaśniedziałe styki przestały stykać. Nie zdążyliśmy ujechać 100 km i znowu awaria, tym razem wyłamała się dźwignia zmiany biegów. Mechanicy w pobliskim (na szczęście!) serwisie tirów podrapali się po głowach, coś przyspawali, coś przykręcili i jakoś dojechaliśmy z prowizorycznie złożonym drążkiem te 400 km do Warszawy... Aha, dwa dni później w tym samym samochodzie (na szczęscie już nie my go prowadziliśmy) pękła - a właściwie wybuchła - chłodnica. Na ślimaku wielopoziomowego skrzyżowania. Oczywiście.

by v&w

powrót do listy tras