na Przełęcz Kondracką przez Dolinę Małej Łąki - zimą
(9 kwietnia 2006)

Gronik Dolina Małej Łąki Wielka Polana Małołącka Przełęcz Kondracka Wielka Polana Małołącka Przysłop Miętusi Hruby Regiel Staników Żleb Nędzówka - Droga pod Reglami - Gronik


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: mozolna, piękna widokowo; duże zagrożenie lawinowe
czas (bez odpoczynków): ok. 6-8 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 12 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Plan na dziś: Czerwone Wierchy.
V: Którędy? Przez Dolinę Małej Łąki?
W: Tak. Wejdziemy na Kopę przez Przełęcz Kondracką, a potem zobaczymy.
V: Pogoda jest przyjemna.
W: Tym razem sprawdzamy trzy razy, czy na pewno zabraliśmy jedzenie - i wyruszamy.
V: W Dolinie Małej Łąki zaczęła się już wiosna. Spod śniegu tu i ówdzie wystaje ziemia, jest mokro i jakoś zupełnie inaczej niż dwa tygodnie temu.
W: Maszerujemy żwawo. Mija nas chłopak na skiturowych nartach. Szybko docieramy do mostka - śniegu na nim co najmniej o metr mniej .
V: Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć na własne oczy, że Wielką Polanę Małołącką otaczają góry .
W: Zaczyna wiać, i to dość mocno. Zapinamy kurtki aż po szyje i szybkim krokiem docieramy przez zmrożoną polanę do lasu.
V: W lesie wiatr przycicha, znowu jest ciepło. Cieżko się zorientować, którędy biegnie nasz szlak, bo ślady nart skręcają gdzieś w bok, a znaki są przysypane śniegiem.
W: Spójrz, ktoś podchodzi pod ścianę Wielkiej Turni. Cztery osoby.
V: Będą się wspinać?
W: Zapewne.
V: Las się kończy. Stoimy u wylotu stromego żlebu, zasypanego bryłami śniegu.
W: To lawina, która zeszła z góry. Spójrz na drzewa.
V: Dreszcz przechodzi mi po plecach.
W: Ostrożnie. Idziemy pojedynczo .
V: Po chwili stąpania po lawinisku znajdujemy miejsce, gdzie letni szlak odbija w prawo na zalesione zbocze.
W: Pamiętasz, tu się okropnie ślizgaliśmy na kamieniach, jak tu byliśmy jesienią. Ścieżka jest zupełnie nieprzetarta, ale chyba bezpieczniej tędy niż żlebem.
V: Brniemy w śniegu po kolana, trochę "na czuja", bo znaków i tak nie widać. Dochodzimy do śladów nart, biegnących w poprzek naszej trasy.
W: Widać stąd żleb biegnacy prawie pod szczyt Giewontu, w nim ślady, ale chyba szlak na Przełęcz Kondracką biegnie nieco w prawo, jak te ślady nart, które właśnie przecinamy. Skręcamy więc za nimi w prawo.
V: Wchodzimy na kolejny próg doliny i oto stoimy w alpejskiej wprost scenerii: dokoła postrzępione skaliste ściany, mnóstwo małych lawinisk, słońce, wiatr . Przy wielkim głazie odpoczywa nasz "znajomy" narciarz.
W: Patrz, jak w górze wiatr podrywa śnieg z grani. Ależ tam musi wiać.
V: Aż gwiżdże.
W: Czekaj, coś mi nie pasuje. Jakoś inaczej sie idzie.
V: Co mówi GPS?
W: Jesteśmy w kotle Niżnej Świstówki Małołąckiej. Zeszliśmy ze szlaku kilkaset metrów w bok. Jednak trzeba było iść w górę żlebem.
V: No trudno, wracamy. Ale zróbmy sobie jeszcze zdjęcie.
W: Dogania nas kolejny samotny turysta. Przygląda się nam badawczo. Dobrze, że nie jesteście strażnikami parkowymi. Ja też nie jestem, dodaje z uśmiechem.
V: Robi nam zdjęcie i rusza dalej. My cofamy się trawersem w stronę żlebu .
W: Rozpoczynamy mozolne podejście żlebem. Nie podoba mi się, szlak biegnie niewiadomo którędy. Według mapy powinniśmy wyjść ze żlebu w prawo gdzieś tu, a ślady biegną dalej w górę, prawie pod szczyt Giewontu. Poczekaj tu, spróbuję wyjść kawałek i zobaczyć, czy można tędy iść.
V: Nie idź! Oczywiście - idziesz. Nie podoba mi się stok, który trawersujesz. Co krok śnieg obsuwa ci się spod butów. Nie idź tam, proszę.
W: Masz rację. Mi się też nie podoba. Wracam do ciebie i idziemy dalej żlebem. Okazuje się, że ślady za moment skręcają w stronę Przełęczy Kondrackiej, ale trzeba przeciąć całą szerokość żlebu.
V: Kroczek za kroczkiem i już jesteśmy wśród kosodrzewiny.
W: Stąd widać już przełęcz. Na Mnichu Małołąckim pojawiają się dwie sylwetki. To pewnie ci, których spotkaliśmy w kotle.
V: Schodzą bardzo stromym zaśnieżonym zboczem. Rany, chyba zaraz zobaczymy, jak schodzi lawina.
W: Owszem, niebezpiecznie. Powoli, tyłem, z pomocą czekanów, dochodzą do krawędzi śnieżnego pola, nie zrzucając na swoje szczęście lawiny. Znikają nam z oczu.
V: Ostatnie podejście miedzy gałęziami kosodrzewiny wystającymi spod śniegu i jesteśmy na Przełęczy Kondrackiej .
W: Dopiero tu czuć, jak silny jest wiatr. Na Kopie będzie wiało jeszcze bardziej. Od strony Doliny Kondratowej grań pokrywają kilkumetrowe nawisy . Zejście w tą stronę jest niemożliwe.
V: Idziemy w stronę Kopy Kondrackiej. Czuję się coraz bardziej nieswojo: idziemy tuż przy nawisie, śnieg obsypuje się spod nóg, miejscami jest głęboki, miejscami widać ścieżkę, kamienie, lód, nagłe podmuchy huraganowego wiatru zdają się spychać w przepaść. Na pierwszym wzniesieniu kapituluję. Mimo że widać już szczyt Kopy. Nie chcę dalej iść, boję się.
W: Próbuję Cię jeszcze namówić, ale w końcu nic na siłę. Niby śnieg jest dalej odwiany, ale skoro się boisz, to lepiej wróćmy. Twój komfort psychiczny jest dla mnie ważniejszy niż zdobycie akurat dziś szczytu, na którym byłem już z dziesięć razy, z tego trzy razy z tobą. W silnym wietrze rozpoczynamy odwrót .
V: Patrz, ktoś zjeżdża na nartach z Giewontu!
W: Zrobie mu zdjęcie. Narciarz szusuje między skałami, zjeżdża granią na przełęcz, a następnie przechyla sie przez nawis i w ciągu kilku sekund jest na dole, w Dolinie Kondratowej, zanim zdążyłem go namierzyć obiektywem. Niektórzy potrzebują mocnych wrażeń.
V: Niesamowite.
W: Wracamy na przełęcz, zamieniamy kilka słów z napotkanymi turystami i zaczynamy schodzić, najpierw wśród kosodrzwiny, potem trawers przez żleb i dalej żlebem w dół.
V: Schodzi się gorzej niż wchodzi. Jestem cały czas poddenerwowana, każdy krok jest niepewny.
W: Przy każdym świście wiatru odwracam się, spodziewając się schodzącej lawiny.
V: Patrz, ktoś zjechał sobie na tyłku.
W: Tak się robi. Zjeżdża się na tyłku, hamując czekanem.
V: Na skalnej półeczce przystajemy na moment i robisz mi zdjęcie .
W: Wiatr podrywa tumany śniegu z otaczających grani .
V: Dochodzimy do miejsca, gdzie nasze własne ślady wychodzą na bok. Mamy do wyboru: iść tym grzbietem lub dalej żlebem, po śladach innych turystów, po lawinisku. Patrzysz na mnie pytająco. Żlebem bedzie szybciej. Dobrze, chodźmy.
W: Na tym odcinku ściany żlebu są wysokie. Jeśli zejdzie lawina, nie będzie nawet dokąd uciec.
V: Posuwamy się w dół z największą ostrożnością.
W: Zobacz, stalagnat. Ale świetny sopel, jak kolumna .
V: Dochodzimy do największego lawiniska, u wylotu żlebu, skąd zaczynaliśmy podejście. Idziesz pierwszy. I jakoś idziesz. A ja co krok bach! leżę w śniegu, zsuwam się metr w dół, wstaję i znowu bach!. Po pięciu lądowaniach zaczynam się złościć. Co się z tobą dzieje, pytasz. No nic, ześlizguję się. To może zjedź na tyłku, śmiejesz się. W tym momencie gdzieś z boku zsuwa się mini-lawinka. Robi mi się gorąco. Ty poważniejesz natychmiast.
W: Wstawaj i chodźmy stąd. Dwadzieścia metrów niżej zaczyna się las, tu jest już bezpieczniej. Rzucasz mi się na szyję. No ciiii... już dobrze. Bałam się, chlipiesz. Ale już nam nic nie grozi, prawda? Chodź, pójdziemy na Przysłop Miętusi, a stamtąd przez Hruby Regiel do Nędzówki.
V: Nie szliśmy jeszcze tamtędy?
W: Nie.
V: Dobrze, chodźmy.
W: Na Polanie Małołąckiej niemiła niespodzianka: zmrożony rano śnieg rozmiekł teraz i co krok zapadamy się niemal po pas, klnąc na czym swiat stoi. Z naprzeciwka brną w śniegu trzej snowboardziści z deskami na plecach. Pytają, czy w da się pojeździć w tym żlebie. Cóż, jak ktoś się uprze... Spójrz, tuż pod szczytem Wielkiej Turni ktoś jest .
V: Jak on tam wlazł?
W: Dwie możliwości: albo to jeden z tych, co rano podchodzili pod ścianę, albo wszedł z Małołączniaka.
V: Idziemy Ścieżką nad Reglami. Wygląda zupełnie inaczej niż dwa tygodnie temu: śnieg rozmiękł, częściowo się stopił, nie jest już tak magicznie biały, tylko ponuro szary.
W: Ten domek, króry ostanio wyglądał jak chatka z bajki... Przy wyjściu z lasu chcesz takie samo zdjęcie jak ja dwa tygodnie temu, choć biel nie jest już tak bezkresna .
V: Na Przysłopie śniegu bez porównania mniej .
W: Za to widoki bez porównania lepsze (panorama z Przysłopu Miętusiego patrz >> tu). Wspinamy się stokami Hrubego Regla. Świetnie stąd widać Starorobociański i Ornak .
V: Szlak iście beskidzki. I czuć prawdziwą wiosnę: śniegu mało, za to błotko.
W: Ścieżka przechodzi na drugą stronę. Babia Góra!
V: Wygląda jak Kilimandżaro. Wielki pagór w śniegowej czapie .
W: Szlak zaczyna schodzić w dół, bardzo przypomina zejście z Boczania.
V: Deja vu...
W: Malownicza dolinka .
V: Dochodzimy do Drogi pod Reglami. Okoliczne łąki pokryte są łanami krokusów .
W: Wkrótce jesteśmy na Krzeptówkach. Mam nadzieję, że jutro naprawią nam w miarę szybko samochód i będziemy mogli wrócić do domu.
V: Ale są i dobre strony: mogliśmy pojść na dłuższą wycieczkę.
W: Ale pogoda się zmienia. Wiatr, który nas dziś zdmuchiwał z grani, to halny. Na dole wyraźnie się ociepliło.
V: Wiosna.

by v&w

powrót do listy tras