do lodowca Jostedalsbreen (jęzor Nigardsbreen)
(18 sierpnia 2018)

parking nad jeziorem Nigardsbrevatnet - lodowiec Jostedalsbreen (jęzor Nigardsbreen). Istnieje możliwość przepłynięcia fragmentu jeziora łodzią (powrót tą samą drogą)

Aby zobaczyć dokładną mapę z www.norgeskart.no kliknij Tu

trasa: krótka, ale wymagająca technicznie, zwłaszcza jej fragment początkowy. Istnieje możliwość ominięcia najgorszego odcinka poprzez przepłynięcia jeziora łodzią - koszt 80 NOK w obie strony
czas (bez odpoczynków): ok. 2 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 5 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Dziś jedziemy drogą nr 55 z Lom. Jest to najwyżej położona "normalna" droga w Norwegii, osiągając w górach Jotunheimen 1434 m n.p.m. . Teren jest dziki, jałowy, ale niezwykle malowniczy. Wokół lodowcowe góry . Mimo że jest połowa sierpnia, to temperatura wynosi kilka stopni, a do tego wieje i pada, co pogłebia odczuwanie chłodu. Robimy kilka zdjęć, a potem zaczynamy karkołomny zjazd w dół, aż do końca Sognefjordu. Na odcinku 20 km z wysokości 1400 m n.p.m. zjeżdżamy na poziom morza! Robi się sporo cieplej, ale wjeżdżamy w deszczowe chmury, gdzie pada jeszcze silniej. Docieramy do miejscowości Gaupne. Niewielkie, ale niezwykle malowniczo położone miasto. Ruszamy drogą nr 604 na północ. Prowadzi ona dość łagodnie ale konsekwentnie w górę, do odległego o ponad 30 kilometrów Gjerde. Całość wiedzie dnem doliny Jostedalen, która rozmiarami przypomina doliny alpejskie - otaczają ją niebotyczne góry, a na jej dnie są całe miejscowości. W jednej takiej dolinie można by zmieścić całe Tatry. Jostedalen jest dość wąska, jej dno ma co najwyżej kilkaset metrów a potem przechodzi po obu stron w pionowe ściany. Jazda jest piękna i niezwykle malownicza, a w dodatku im wyżej tym mniej deszczu. W Gjerde skręcamy w drogę podpisaną "Nigardsbreen". Ostatni odcinek przegradza szlaban, trzeba tu zapłacić 70 NOK w automacie, albo zostawić samochód i kolejne 3 km pokonać pieszo . Płacimy i dojeżdżamy do parkingu nad górskim jeziorem, gdzie stoi już sporo samochodów. Przed nami widać już wielki, niebieskawy jęzor lodu . Samo jezioro i parking położone są w głębokiej polodowcowej dolinie, a jej gładkie skaliste ściany mają minimum 500 metrów wysokości. Z góry leją się ogromne wodospady. Przy parkingu jest mała przystań, ale przepłynięcie kawałka jeziora motorówką kosztuje kolejne 80 NOK, bez sensu za to płacić. Przebieramy się w górskie rzeczy, okazuje się, że moje skarpetki które bardzo lubię... skurczyły się od nocnego suszenia na grzejniku. Ciężko je włożyć, w dodatku stały się ciasne i niewygodne. Trudno, zakładam inną parę, zakładam też przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Pogoda jest bardzo niepewna - teraz pada tylko trochę, ale może w każdej chwili lunąć. Uznajemy, że dojdziemy pod lodowiec szlakiem który wiedzie wzdłuż skalistego brzegu jeziora. Zastanawiam się przez chwilę, jak pokonamy lejące się z góry wodospady, ale uznaję że skoro szlak jest oznaczony, to problem jest jakoś rozwiązany. Ruszamy i bardzo szybko natrafiamy na pierwsze trudności. Trudności wynikają z tego, że szlak prowadzi po stromych, pochyłych i niezwykle gładkich polodowcowych skałach . W dodatku są mokre i idzie się po tym bardzo niepewnie. A kilka metrów niżej - jezioro z lodowatą wodą. Idzie się bardzo nieprzyjemnie, choć miejsca szczególnie niebezpieczne są wyposażone w drewniane schodki lub łańcuchy . Kilka razy przekraczamy potoki rwącej wody - bardzo dobrze że mamy kijki, bo bez nich byłoby to bardzo niepewne i ryzykowne. Trzeba skakać z kamienia na kamień, część z nich jest pod wodą, więc trzeba się tylko z nich odbić i lądować na kolejnym. Kijki pomagają zachować równowagę. Moje pancerne górskie buty znoszą to bez szwanku, ale koleżance po kilku zanurzeniach zaczynają przemakać. Mijamy wreszcie przystań dla łódek wożących turystów. Kilometr szlaku kosztował nas sporo sił i nerwów. Dalej jest o wiele prościej , idą tu nawet ludzie z małymi dziećmi, choć nadal są skały i nadal trzeba przekraczać strumienie i moczyć sobie nogi. Wreszcie dno doliny się wznosi, znika powierzchniowa woda. Lodowiec coraz bliżej, robi coraz większe wrażenie . Cały teren jeszcze niedawno był pod lodem, jest poorany i wygładzony przez lód. Są tu również kopczyki, bo teren jest dość mylny, mimo narzucającego się kierunku. Bliżej lewej strony prowadzi ścieżka tylko dla grup z przewodnikami. Oni wchodzą na sam lodowiec, nawet stąd widać na nim ludzkie postacie i małe wiszące mostki nad szczelinami . My docieramy tuż przed jego czoło, gdzie teren jest odgrodzony a szlak się kończy. Nie mamy potrzeby dotknąć lodowca ręką, więc zadowalają nas zdjęcia i obserwacja stąd. Lodowiec ma niesamowitą wręcz, niebieską barwę, a z jego czoła sterczą niemal już oderwane lodowe seraki . Gdy taka góra lodu się oderwie i stoczy w dół... lepiej być daleko od tego miejsca. Po dłuższej sesji zdjęciowej idziemy jeszcze poza szlakiem do samej wody, gdzie leżą mniejsze bryły lodu. Potem wracamy już w dół, co i rusz robiąc jeszcze jakieś zdjęcia . Na szczęście pogoda jest o wiele lepsza niż godzinę temu, nie pada. Postanawiamy jednak oszczędzić sobie najgorszych fragmentów szlaku i wrócić motorówką. Płacimy po 40 NOK od osoby i wsiadamy do łodzi. Wracamy niemal sami. Po kilku minutach jesteśmy już na parkingu. Zdejmujemy górskie buty, przebieramy się w normalne ubranie. Pora wracać do Gaupne, wyżej drogi już nie ma, są lodowcowe góry. Znów kilkadziesiąt kilometrów jazdy monumentalną doliną Jostedal. Zatrzymujemy się kilkukrotnie po drodze na zdjęcia krajobrazów i małego, uroczego kościółka. W Gaupne znów wita nas deszcz. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy i przeprawieniu się promem przez Sognefjord znajdujemy całkiem fajny kemping w okolicy miasteczka Vangsnes.

by w

powrót do listy tras