na Veslfjellet (Besseggen)
(16 sierpnia 2018)

Gjendesheim - Veslfjellet (powrót tą samą drogą)

Aby zobaczyć dokładną mapę z www.norgeskart.no kliknij Tu

trasa: dość łatwa, obfitująca w piękne widoki. W jednym miejscu niewielkie trudności i ubezpieczenie łańcuchem.
czas (bez odpoczynków): ok. 4-5 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 11 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Góry Joutunheimen to najwyższe pasmo całej Skandynawii i północnej Europy. Jadę tu z koleżanką z pracy, która było już ze mną w Norewgii w zeszłym roku. Zamierzamy tym razem nieco pochodzić po norweskich górach, dziś będziemy mieli pierwszą okazję. Obozujemy dość blisko Oslo i szwedzkiej granicy. Budzimy się wcześnie rano. Jest raptem 250 km do przejechania. Gorzej jednak z pogodą, która ewidentnie się zepsuła, w nocy padało, a teraz na szczęście tylko wieje. Namiot wysycha, więc zwijamy go czym prędzej, nim przyjdzie kolejny deszcz. Szybkie śniadanie i około 8 rano ruszamy w stronę miasteczka Eidsvoll. To zupełnie lokalna droga, w dodatku wiodąca przez całkiem pokaźne wzgórza, coś jak polskie Bieszczady. Pojawia się na niej nawet kilka owiec. Choć jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od Oslo, to jest tu wręcz dziko. Po drugiej stronie pasma wzgórz droga licznymi zakrętami sprowadza w dół. Teraz skręcamy na północ, na drogę nr 33. Jedziemy przez dłuższy czas nad stromym brzegiem jeziora Mjosa. To największe jezioro Norwegii i trzeba przyznać, że jest naprawdę duże. Choć widać jego drugi brzeg, to nie należy zapominać że ma mocno wydłużony kształt i powierzchnię trzykrotnie większą niż Śniardwy. W miejscowości Gjovik odbijamy w lewo, mijamy miasteczko Djokka i docieramy do Fagerness. Teren robi się coraz bardziej górzysty, ale niestety pogoda robi się coraz gorsza. Co i rusz przejeżdżamy przez fale ulewnego deszczu. Liczę że po dotarciu w góry będzie nieco lepiej, bo marsz w takich warunkach będzie bardzo uciążliwy. Droga nr 51 którą teraz jedziemy wznosi się coraz wyżej. Ze zdziwieniem stwierdzam patrząc na wysokościomierz w zegarku, że to juz 900 m n.p.m. Nie dość że pada, to robi się też wyraźnie chłodniej, jest kilka stopni powyżej zera. Maleńka miejscowość Beitostolen to już początek gór Jotunheimen. Jest tu mała stacja benzynowa, gdzie postanawiam zatankować. Nie udaje mi się jednak pokonać automatu, który akceptuje moją kartę, ale uparcie nie odblokowuje możliwości nalania benzyny. No nic, mamy jeszcze pół baku, spokojnie starczy, choć tabliczka ostrzega, że dalej są góry i kolejna stacja jest za 90 km. Ruszamy dalej w deszczu i gęstej mgle. Droga tworzy tu wyraźne serpentyny, krajobraz na odcinku kilku kilometrów robi się dziki i jałowy. Znikają drzewa, pozostaje tylko trawa, skały i kamienie. O dziwo, gdy wreszcie droga przestaje się wznosić i osiąga niemal 1300 m n.p.m. mgła i deszcz się kończą. Owszem jest mocno pochmurno i wilgotno, ale nie pada. Przecinamy rozległy płaskowyż, który wygląda jak typowa tundra. Jest to droga turystyczna, bardzo atrakcyjna i co i rusz są przy niej małe parkingi gdzie można się zatrzymać i porobić zdjęcia. Podobnie jak inne tego typu górskie drogi - zimą jest zamykana i nieprzejezdna. Zatrzymujemy się kilka razy, robimy masę zdjęć . Zmieniam buty na lepsze, nieprzemakalne, bo te które są wygodne do jazdy tu się nie sprawdzają. Po osiągnięciu najwyższego punktu droga zjeżdża w śródgórską kotlinę, wokół wspaniałe krajobrazy. Zostało nam jeszcze kilka kilometrów do naszego pierwszego górskiego celu. W Gjendesheim, które nawet nie jest miejscowością co zbiorem kilku domów, skręcamy na parking pod jeziorem Gjende. Zaczyna się tu (lub kończy) jeden z bardziej popularnych norweskich szlaków trekkingowych przez wschodnią część gór Jotunheimen. Jezioro jest podłużne i otoczone dość wysokimi szczytami . Kursują po nim promy, którymi można przepłynąć na jego drugi koniec. Tak najczęściej robią to turyści - płyną na drugi koniec jeziora i wracają na parking pobliskim grzbietem góry Besseggen i jej najwyższy punkt zwany Veslfjellet, gdzie osiąga on 1743 m n.p.m. i roztacza się z niego wspaniała panorama - z jednej strony widać położone w głębokiej dolinie jezioro Gjende, a z drugiej znacznie wyżej leżące jezioro Bessvatnet. Widok wspaniały, ale dzisiejsza mokra i mglista pogoda chyba nie pozwoli na cieszenie się nim - grzbiet Besseggen skrywa się w chmurach. Ponadto my nie chcemy płynąć promem i dodatkowo wydawać pieniędzy, a wejść na Besseggen i wrócić tą samą drogą na parking. Jakby nie patrzeć - to kilkugodzinna wycieczka i duża różnica wysokości do pokonania. Najpierw jednak trzeba zapłacić za parking. Pan w sklepie z pamiątkami mówi bym użył automatu. Płacę kartą 150 NOK, drukarka terkocze i... nie wychodzi z niej żaden paragon! Wściekam się i idę jeszcze raz do sklepu, tłumacząc sytuację. Pan stwierdza, że tak często bywa gdy pada deszcz, bo taśma namaka i kwitki nie wychodzą. Po prostu wypisuje mi odpowiedni kwitek ręcznie. Jak widać można znaleźć normalne wyjście z sytuacji. Zostawiam kwitek za szybą i ruszamy na szlak. Besseggen tonie w chmurach, ale przestało padać, więc nie jest najgorzej. Szlak wznosi się dość łagodnie w górę, to zwykła ścieżka, choć nie jest oznakowana tak, jak zwykło to się robić w Polsce. Co jakiś czas na kamieniu jest niewielka czerwona literka "T" oznaczająca szlak . I często stoją tu kamienne kopczyki, ułatwiające orientację. Idziemy coraz wyżej, docieramy wreszcie pod skały pod grzbietem. Trzeba pokonać kilkanaście metrów w górę małym kominkiem, wejście ułatwia łańcuch. Nie są to trudności jak na Orlej Perci, ale przyjemne urozmaicenie . W dole widać jezioro Gjende, zaczyna już ładnie się prezentować. Powyżej kominka teren robi się bardziej kamienisty i dziki, niemal całkowicie znika wszelka roślinność. Jedno wielkie skalne rumowisko, przebieg szlaku staje się coraz mniej widoczny w terenie, idziemy intuicyjnie po prostu w górę . Regularnie jednak widać kopczyki i czerwone oznaczenia, więc idziemy dobrze. Mija nas jakiś turysta schodzący z góry, za nami też idzie jedna osoba z dużym plecakiem. Poza tym jest tu totalne bezludzie. Szlak w końcu osiąga grzbiet na wysokości ok. 1700 m n.p.m. Teraz już o wiele łagodniej, choć krajobraz jest iście księżycowy. Mgła dość mocno ogranicza widoczność , ale czasem ją odwiewa i widać znacznie dalej. W oddali wyłania się jakaś potężna góra. Ale gdzie jest szczyt tego Besseggen? Przecież już wyżej nie da się wejść? Według GPS-a pozostało jeszcze około kilometra. W oddali na niewielkim wzniesieniu grzbietu widać małą kamienną piramidę - taki kopczyk, tylko większy niż pozostałe . Może tam? Dogania nas wreszcie idący za nami turysta. Ma sporo bagażu, widać że wybiera się na kilkudniową wycieczkę, ale utrzymuje zaskakująco szybkie tempo. Pozdrawiamy się. Docieramy w końcu do kamiennej piramidy. Okazuje się że to właśnie tu jest Besseggen, a dokładniej Veslfjellet, jest nawet stosowna tabliczka. To najwyższy punkt całej trekkingowej trasy, ma 1743 m n.p.m. . Aby zejść do Memurubu trzeba iść jeszcze 10 km dalej. Niby jesteśmy tu gdzie trzeba, ale nie widać w dole obu jezior naraz, co więcej - Gjende w ogóle nie widać. Postanawiamy pójść jeszcze kilkaset metrów dalej. Tu już zaczyna być widać oba jeziora, ale grzbiet się zwęża i ostro schodzi w dół . Mamy schodzić w dół by potem kawał podchodzić? A jeziora i tak ledwo widać, bo skrywa je mgła. Trudno, nie da rady zrobić dobrych zdjęć, więc nie ma to sensu. Wracamy na szczyt, jemy paczkę kabanosów . . Od wschodu zbliża się ciemna chmura z której wyraźnie pada. Czuję że zmokniemy, że to deszcz przez który przejeżdżaliśmy kilka godzin wcześniej. Zaczynamy zejście do Gjendesheim . Okazuje się, że tam gdzie wydawało się niemal płasko było jednak zdrowo w górę. Teraz idziemy w dół i idzie się względnie lekko. Względnie, bo jest tu pełno kamieni, nie ma normalnej ścieżki i trzeba bardzo uważać. Zaczyna padać i to całkiem mocno. Zejście dłuży się, docieramy do miejsca gdzie szlak zaczyna obniżać się jeszcze stromiej. Tu są skały, które w tamtą stronę mijaliśmy w kompletnym mleku. Teraz okazuje się, że to skraj wielkiej przepaści, a w dole wspaniale widać jezioro Gjende. Przestało nawet padać, więc robimy sporo zdjęć . Z dołu dochodzi kilku turystów i też zachwycają się widokiem. Widać też jezioro Bessvatnet i rzeczywiście jest ono położone o wiele wyżej. Po chwili nadciąga kolejna fala deszczu, trzeba więc schodzić. Czeka nas jeszcze ten odcinek z łańcuchem, na śliskich i mokrych skałach może być mało przyjemnie. Okazuje się jednak, że pokonujemy go bez żadnych problemów. Jesteśmy już cali mokrzy, moje spodnie zaczynają powoli przemakać. Nie ma wyjścia, trzeba iść w dół jak najszybciej. Już niezbyt daleko . Wreszcie stajemy na parkingu. Cała wycieczka to 12 km, z czego ponad 700 metrów w górę i tyle samo w dół. Całkiem ładny spacer. Zdejmuję górskie buty, zmieniam spodnie i koszulkę. Od razu robi mi się przyjemniej. Ruszamy w dalszą trasę. Ustalamy, że skoro rozpadało się na dobre, to optymalnie byłoby znaleźć gdzieś hyttę, a nie spać w namiocie, gdzie ani nic nie wysuszymy w takich warunkach, ani nawet porządnie nie wypoczniemy. Najpierw musimy jednak zjechać z pustkowi gór Jotunheimen w rejony zamieszkałe przez ludzi. Według nawigacji to jeszcze ok. 40 kilometrów jazdy. Nagle muszę gwałtownie hamować - na drogę wyskakują trzy renifery! Ponoć góry Jotunheimen i płaskowyże są jedynymi miejscami na południu Skandynawii, gdzie można spotkać te zwierzęta. Jestem trochę zaskoczony. Grupce przewodzi byk z dorodnym porożem, udaje się mu zrobić kilka zdjęć . Niżej spotykamy też całe stada owiec, chodzących po drodze i w jej pobliżu. Trzeba tu naprawdę uważać. Docieramy wreszcie do drogi nr 15 i miejscowości Garmo koło Lom gdzie szukamy hytty. Są ale drogie, nie na naszą kieszeń. Jedziemy kawałek dalej, znów są - tu jednak o wiele taniej, choć nadal to jest 400 NOK. No ale w zasadzie wyjścia nie ma, bo pada cały czas równo. Hytta jest całkiem fajna, czteroosobowa. Ma co najważniejsze wydajny grzejnik, gdzie rozwieszamy mokre górskie ubrania. Wstawiam też do środka namiot i częściowo go otwieram, niech wilgoć z niego wyparuje przez noc. Potem prysznic i kolacja złożona z chleba i liofilizatów. Pora iść spać. Prognozy pogody przewidują, że w nocy ma przestać padać, a jutro ma być całkiem ładnie. Dobra nasza, rano ruszamy na kolejną wycieczkę, jeszcze większą niż dziś.

by w

powrót do listy tras