do lodowca Longyearbreen
(6 czerwca 2018)

Longyearbyen Camping - górnicza droga szutrowa - Longyearbyen - Nybyen - lodowiec Longyearbreen - Nybyen - Longyearbyen - jezioro Isdammen - Longyearbyen Camping

Aby zobaczyć dokładną mapę z www.norgeskart.no kliknij Tu

trasa: Svalbard to archipelag leżący w obszarze Arktyki. Trasa jest dość łatwa, ale trudności zależą od jej fragmentu - raz prowadzi drogami szutrowymi, raz poza szlakiem w górach, a raz drogą asfaltową. Jak każda trasa poza ludzkimi osadami na Svalbardzie wymaga noszenia broni palnej (ochrona przed niedźwiedziami polarnymi), a marsz bez niej może wiązać się z dużym niebezpieczeństwem w przypadku spotkania z tym drapieżnikiem
czas (bez odpoczynków): ok. 6-7 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 26 km

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: Dziś ostatni dzień pobytu na Spitsbergenie. Ostatni dzień na podjęcie jakiejś górskiej wycieczki, o ile warunki pozwolą. A o godzinie 7 rano warunki wydają się być bardzo dobre - po raz pierwszy od kilku dni widać błękit nieba i świeci słońce . Jest dość zimno, ale na słońcu i tak odczuwalnie cieplej niż dotąd, gdy temperatura wynosiła około zera. Rozpoczynamy dzień jak zwykle od liofilizowanych ziemniaków, dopychamy to jakąś konserwą. Postanawiamy dziś iść do Longyearbyen, potem do części osady nazwanej Nybyen, leżacej najbliżej gór i stamtąd ruszyć w górę doliną, by dojść do lodowca Longyearbreen. A potem zobaczymy. Może wejść na jakiś szczyt, może dotrzeć do którejś z opuszczonych kopalń. Okaże się. Tym razem nie idziemy przemierzaną już wielokrotnie drogą asfaltową, biegnącą nad morzem, a wybieramy równoległą do niej drogę szutrową. Droga ta prowadzi po górskim zboczu, jakieś 50-70 metrów wyżej, więc widoki są z niej o wiele lepsze . Nie ma tu jednak ani żadnych zabudowań, ani ruchu żadnych pojazdów, z prawej dochodzą górskie zbocza i doliny... dla pewności broń niosę załadowaną. Widać z góry port w Longyearbyen, gdzie wczoraj wieczorem przycumował ogromny wycieczkowy statek. Na jego pokład spokojnie wchodzi jakieś 1,5 tys. ludzi, więc jego wizyta... podwoiła liczbę mieszkańców Longyearbyen . Słyszałem, że turyści z takich statków nie są tu zbyt lubiani. Docieramy w końcu do charakterystycznego starego młyna węglowego, gdzie zaczynają się zabudowania. Zgodnie z przepisami rozładowuję karabin, a zamek zostawiam w pozycji odryglowanej. Mijamy kościół i ruszamy boczną szutrową drogą w górę doliny. Przelotnie myślimy o wejściu na pobliski szczyt, ale zbocza są strome i pokryte skalnym rumoszem. Chyba dolina i lodowiec będą ciekawsze. Mijamy cmentarz, który też jest swojego rodzaju ciekawostką. Na Svalbardzie... nie wolno umierać. Gdy ktoś choruje lub jest bardzo stary - jest odsyłany na ląd. Gdy ktoś umrze nagłą śmiercią - jego ciało jest odsyłane na ląd. Prawdopodobnie chodzi o wieczną zmarzlinę w której ciężko się rozkładają zwłoki i z tym związany jest zakaz umierania. Droga w końcu dołącza do asfaltówki prowadzącej do Nybyen - częsci Longyearbyen leżącej w górze doliny. Zabudowania się kończą, kończy się też droga. Dalej - kamienista dolina pokryta płatami rozmarzającego śniegu. Tu znów ładuję broń. Ruszamy w górę. Dolina aktualnie zaczyna zmieniać się w rozlewisko strumienia i choć na razie to kilka cieków wodnych które trzeba przeskakiwać, to w późniejszym okresie może być trudna do pokonania . W ogóle ta część doliny sprawia wrażenie, że prowadzono tu jakieś prace górnicze, są tu nawet jakieś pozostałości drogi. Klucząc między śnieżnymi płatami docieramy do rozlewiska, gdzie jest kilkunastoosobowa grupa z uzbrojonym przewodnikiem. Szukają czegoś w strumieniu, opukują skały geologicznymi młotkami. Może to jacyś studenci? Kiwamy im głowami na przywitanie i idziemy wyżej, prawą stroną doliny, pod coraz bliższy próg za którym musi skrywać się lodowiec. Coraz wyżej i wyżej , aż w końcu widać cały próg. Dalej jest pełno śniegu, ale są w nim ślady śnieżnych skuterów. Nie wydaje się jednak, by z tej strony pokonanie progu było jakieś szczególnie łatwe w tych warunkach . Postanawiamy wrócić w dół i spróbować drugą stroną doliny, szczególnie że widać tam spotkanych wczesniej "geologów" idących gęsiego za przewodnikiem. Czyli tam musi byc jakaś ścieżka. Schodzimy aż do ruin dawnej drogi i mostka i ruszamy resztkami tej drogi na lewą stronę doliny. Jest tu jakaś betonowa platforma i stare, drewniane wózki górnicze . Pewnie prowadzono tu wydobycie węgla. Dalej przez coraz gęstsze płaty śniegu, które w końcu zamieniają się w stałą pokrywę. Kawałek w dół i stromo pod górę, pod próg doliny . Uff... gorąco, w dodatku ten karabin na ramieniu też swoje waży. Nie mamy ani stuptutów, ani kijków, o rakach nie mówiąc. Są tu jednak wydeptane stopnie i idzie się dobrze. Po chwili stajemy na progu, skąd otwiera się widok na górne piętro doliny. Widok jest nieco rozczarowujący. Nie widać niebieskawego jęzora lodowca, bo wszystko jest pod śniegiem . Wyżej wiodą ślady, widocznie grupa udała się na szczyt po lewej stronie - Sarkofagen. Nie chcemy kusić losu i wchodzić na lodowiec pokryty śniegiem. Chwila odpoczynku, kilka zdjęć doliny i Longyearbyen i zaczynamy zejście. Nie jesteśmy wysoko, jakieś 290 m nad poziomem morza, ale trzeba pamiętać, że własnie z tego poziomu zaczęliśmy. Tak czy siak przewyższenie niewielkie. Warunki jednak na poły zimowe, teren nam nieznany, z prawej wyraźne stożki świeżych lawin. Do tego ciągłe wypatrywanie czy gdzieś nie zbliża się duży, biały, puchaty czworonóg. No i zero ludzi. To nieco inne warunki niż w Tatrach i nawet bez zdobywania szczytu podoba nam się. Dość szybko schodzimy w dół, choć w śliskim śniegu trzeba uważać. Po cienkim lodzie pokonujemy zamarznięty strumień. Oby tylko się nie załamało, oby nie zmoczyć butów. Schodzimy wreszcie do Nybyen, gdzie chwilę odpoczywamy. Rozładowuję karabin, bo znów wchodzimy między ludzi. Na pobliskiej górze jest stara, opuszczona dawno kopalnia węgla, a jej budynki kuszą by wspiąć się do nich po kamienistym zboczu. Jest tu jednak raz że bardzo stromo, dwa że podłoże jest niezwykle sypkie, a trzy - jest tu tabliczka ostrzegająca by nie podchodzić tam, bo budynki grożą zawaleniem. I znów nie jestem pewien czy podchodząc tam nie narażam się na jakiś wysoki mandat, więc odpuszczam, fotografuję tylko budynki kopalni .

Przechodzimy przez centrum miasteczka. Pełno tu kolorowych turystów ze statku wycieczkowego. Każdy kto wraca z jakiegoś trekkingu, ma na sobie górskie buty, plecak i karabin na ramieniu - budzi wielką sensację. My również. Ludzie chcą sobie z nami zdjęcia robić! Czujemy się jak jacyś celebryci, jest to wręcz uciążliwe. Idziemy jeszcze na wschód od miasta, tam gdzie Adventfjorden się kończy i przechodzi w rozlewiska dużej rzeki. Przy granicy miasta podchodzi do nas para turystów, jak się okazuje - Norwegów z Bergen i pytają czy mogą sie podłączyć. Nie mają broni, a chcieliby wyjść choć kawałek poza miasto. Nie ma sprawy! Idziemy teraz większą grupą, a turyści okazują się mili i rozmowni. Czas szybko mija, docieramy nad jezioro Isdammen . Tu również są duże ilości ptaków, a niektóre z nich wręcz pozują do zdjęć . Powoli kończy sie nam czas, musimy oddać broń do wypożyczalni przed godziną 17. Zawracamy więc do Longyearbyen, żegnamy się z turystami z Bergen. Oddaję broń, amunicję, rakietnicę i flary. W sklepie robimy jakieś małe zakupy. Na kemping wracamy asfaltową drogą prowadzącą w stronę lotniska, a potem szutrową drogą nad samym wybrzeżem. Łącznie przeszlismy 26 km, całkiem spory dystans. Góry Spitsbergenu okazały się bardzo ładne i dzikie, choć tak naprawde weszliśmy w nie tylko kawałek. Wiem, że kiedyś muszę tu wrócić.

Potem obiad, pakowanie i oczekiwanie na samolot do Oslo, który startuje dopiero o 2:30 w "nocy". Nocy oczywiście nie ma, a niezła pogoda pozwala dokładnie o północy zrobić dużo zdjęć słońca nad północnym horyzontem, tzw. "midnight sun" .

by w

powrót do listy tras