na Kopę Kondracką
(16 października 2005)

Gronik Dolina Małej Łąki Przełęcz Kondracka Kopa Kondracka Przełęcz pod Kopą Kondracką Dolina Kondratowa Kalatówki Kuźnice


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: łatwa, piękna widokowo; w sezonie bywa zatłoczona
czas (bez odpoczynków): ok. 4-5 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 12 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

V: Rano wstajemy o 6. Jeszcze ciemno. Jakoś wypoczęta sie nie czuję. A Dolina Chochołowska jest taka długaśna... Może jakiś plan B?
W: Plan B? Mozemy iść przez Dolinę Małej Łąki na Czerwone Wierchy i zejść do Kir.
V: Może być.
W: Zbieramy się. Zerkam za okno. O rany... śnieg.
V: Śnieg?
W: Śnieg z deszczem. Chmury nisko. Gór nie widać. Trudno, idziemy.
V: Najwyzej bedzie ekstremalnie.
W: Idziemy.
V: Jest paskudnie. Siąpi deszcz .
W: Szybko stwierdzamy, że dwie warstwy polarów to nieco za wiele.
V: Las, droga idzie lekko pod górę. W miejsce deszczu zaczyna sypać mokry śnieg .
W: Na Polanie Małołąckiej ani żywego ducha. Pogoda późno jesienna: mgła, śnieg, błoto .
V: Ale jest jakoś magicznie...
W: Niesamowicie cicho.
V: Przez tą mgłę - tłumi wszelkie odgłosy. Idziemy błotnistą drogą dyskutując zawzięcie o wychowaniu dzieci.
W: Wchodzimy w las.
V: Ponuro, ciemno.
W: I bardzo ślisko. Mokre kamienie przyprószone śniegiem. Tempo marszu spada radykalnie.
V: Za lasem jeszcze gorzej: mgła zagęszcza się, wiecej śniegu, ślisko jak cholera i do tego nie widać oznaczeń szlaku. Co chwila odgarniamy śnieg z kamieni, żeby sprawdzić, czy nadaj idziemy dobrą drogą.
W: Czekaj, coś nie gra! Ścieżka jakoś zanika. Gdzie ona jest? Wszystko wygląda tak samo, pokryte białym puchem. Musimy się cofnąć.
V: Patrz, tu jest znak. Trzeba przeciąć ten żleb.
W: Racja, już pamietam. Dalej potwornie ślisko. Bez kijków idzie się fatalnie.
V: Wleczemy się jak ślimaki.
W: Słyszysz?
V: Co to?
W: Wiatr. Czujemy pierwsze podmuchy . Musi w górze nieźle dąć.
V: Kawałek wyżej wchodzimy ponownie w żleb. Nadal ślisko, ale troche mniej. Nadal szukamy oznaczeń szlaku pod śniegiem.
W: Gdzieś tu będziemy odbijać w prawo, żebyśmy nie przegapili. O, jest.
V: W kosodrzewinie idzie się lepiej.
W: Tam chyba już majaczy przełęcz.
V: No i jesteśmy. Ile śniegu! Prawdziwa zima!
W: Na szczęście tu nie wieje .
V: Gorąca herbata... mmmm, jak miło się ogrzać.
W: To co, idziemy? Coś czuję, że wyprawa skończy się na Kopie Kondrackiej. No chyba że wyjdziemy nad chmury.
V: Kawałek dalej spotykamy pierwszego turystę.
W: Pytamy, czy coś widać ze szczytu. Tyle co tu, słyszymy. "Ale nieźle przygina."
V: Mgła gęsta jak mleko, nic nie widać .
W: Czasami powieje troche, ale w sumie jest dość spokojnie.
V: Jeszcze para turystów. Wyłaniają się z mgły zakutani po czubek głowy, z kijkami.
W: Wyglądają jak polarnicy.
V: I też mówią, że na szczycie wieje.
W: Idziemy, idziemy. Jest chłodno , ale wiatr nadal prawie żaden.
V: A szczyt chyba już przed nami.
W: No tak, widać już tabliczkę. Gdzie ten wiatr?
V: I nagle... W momencie, gdy znajdujemy się dokładnie na szczycie, uderza w nas istny huragan. Lodowaty i tak silny, że trudno ustać.
W: Rany, ale niesamowite przejście z ciszy w strefę wichury.
V: Róbmy szybko zdjęcia i uciekajmy stąd czem prędzej! Razem sobie nie zrobimy, bo aparat nam zwieje ze słupka.
W: To szybko ja tobie , a ty mi . Chowajmy aparat i zakładajmy rękawiczki, bo poodmrażamy sobie ręce.
V: Pędem w dół. Co gorsza na grani wiatr wieje z boku. Moja kurtka działa jak żagiel, trudno utrzymać kierunek marszu, zataczam się po ścieżce jak pijana.
W: Za jakimś głazem zaciszniejsze miejsce. Rany, masz zupełnie zamrożone włosy . Warunki iście himalajskie .
V: Na Przełęczy pod Kopą Kondracką skręcamy i teraz wieje nam prosto w twarze. Kaptury już nie chronią wystarczająco przed lodowymi igiełkami, które sieką nas teraz po oczach i policzkach. Idziemy prawie na ślepo, zasłaniając się rękami.
W: Wiatr cichnie spory kawał niżej, już po wyjściu z najgorszej mgły.
V: Lodowa skorupa na włosach zaczyna się topić .
W: Wreszcie robi się płasko.
V: Jak baśniowo! Droga wije się wśród mgły i z rzadka rozrzuconych drzew .
W: Dochodzimy do schroniska. Na werandzie otrzepują się ze śniegu nasi "znajomi" z góry.
V: W schronisku oprócz nas i ich jeszcze trzy osoby.
W: Wiesz, jaki tu jest tłum w sezonie?
V: Ogrzewamy się, jemy. Jeszcze zdjęcie i idzemy. Pójdziemy przez Kalatówki? Chciałam zobaczyć ten hotel.
W: O rany, po co? Nic wartego oglądania.
V: Ale ja bardzo chcę...
W: Szlak będzie biegł przez polanę, jak ci sie spodoba, to podejdziemy bliżej hotelu. Ale uwierz, nie spodoba ci sie.
V: Ok. Idziemy przez las.
W: Uważaj, tu zawsze jest slisko, nawet latem.
V: Faktycznie. Po chwili dochodzimy do polany Kalatówki.
W: No i jak ci sie podoba Hotel Górski?
V: O Boże! Ble... Ja myślałam, że to będzie jakieś stare, w stylu zakopiańskim albo coś, a tu taka szkarada ! Potworność. Jak można coś takiego wybudować w takim miejscu?
W: Rozumiem, że nie masz ochoty podchodzić bliżej? A popatrz tam, drzewa pokryte śniegiem .
V: Schodzimy w stronę Kuźnic. Dochodzimy do "brukowanej" drogi do Kalatówek. Czekaj, tu gdzieś jest ta pustelnia brata Alberta. Chodź, zobaczymy. Eee, nic szczególnego.
W: Moment i jestesmy w Kuźnicach. Wczesnie jest. Może się przejdziemy na piechotę?
V: Dobrze. Maszerujemy przez Zakopane. Na Krupówkach kolorowy tłum jak w sezonie. A w sanktuarium na Krzeptówkach drugi tłum - jeszcze bardziej kolorowy, bo w strojach ludowych - jakieś święto.
W: A wieczorem wsiadamy do autobusu. Rano będziemy w Warszawie.
V: Ale przeskok.
W: Niesamowity, naprawdę. Podobała się dzisiejsza wycieczka?
V: No ba. Super.
W: Ekstremalnie, co? Bez dobrych kurtek, czapek, rękawiczek mogłoby być niewesoło. Przy takiej pogodzie dobry ubiór może życie uratować.
V: I jaki kontrast: wczoraj złota słoneczna jesień, dziś zima.
W: W górach pory roku potrafią się zmienić w kilka godzin.

by v&w

powrót do listy tras