na Trolltunga (język Trolla)
(23 sierpnia 2017)

Skjeggedal - Store Floren - Trolltunga; (powrót tą samą trasą)

Aby zobaczyć dokładną mapę z www.norgeskart.no kliknij Tu

trasa: Trolltunga leży w połudnowo-zachodniej Norwegii, w okolicy miasta Odda. Dojazd drogami E39 i E134, a później 13 z Bergen i Stavanger. Szlak dość łatwy, ale odległość (14 km w jedną stronę) powoduje, że cała trasa jest dość wymagająca kondycyjnie.
czas (bez odpoczynków): ok. 10-12 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 28 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

W: W srodę, 23 sierpnia jesteśmy już 1300 km na południe od lodowca Svartisen. Południowo-zachodnia Norwegia - rejon nieprawdopodobnie piękny, kraina fiordów i wysokich gór. Trochę jakby zalać Alpy wodą i jechać tam górskimi serpentynami. Pokonaliśmy już słynną Drogę Trolli, pokonaliśmy niezwykłą, górską drogę nr 13. Nasz kolejny cel na wycieczkę znajduje się niedaleko miasteczka Odda. To słynna na cały świat Trolltunga, czyli język Trolla. Niesamowita skalna półka wysunięta daleko ponad przepaść ściąga turystów z całego świata. Została nawet okrzyknięta najpiekniejszym miejscem do wykonana selfie. Po całodziennej, wyczerpującej jeździe przez góry i fiordy docieramy pod wieczór do Odda. Jest tu jeden, bardzo zatłoczony kemping. Mnóstwo ludzi chcących atakować Trolltungę następnego dnia. Ceny typowo norweskie - czyli bardzo wysokie. Sama Odda, choć położona na końcu niezwykłego Sorfjorden - jest dość nijaka i trochę wygląda na drogi kurort. Nie ma uroku innych małych norweskich miejscowości. Tłok na kempingu nieco nas denerwuje, a jeszcze bardziej myśl, ze rano nalezy podjechać kilkanascie kilometrów do Skjeggedal, gdzie jest parking, skąd zaczyna się podejście. Parking szybko się zapycha i potem robi się dodatkowy kłopot. W świetle czołówek rozbijamy namiot, przepakowujemy się od razu na jutro, coś zjadamy i idziemy spać. Pobudka o 4:30 rano.

Gdy jest jeszcze ciemno budzimy się, gotujemy sobie jakąś owsiankę. Dziwi mnie, że oprócz nas nikt jeszcze nie wstaje. Przy atakach na wyższe szczyty w Alpach ruch zaczyna się o 1 w nocy. Tym lepiej, na szlaku będzie luźniej. Zwijamy namiot i ruszamy. W Tyssedal skręcamy w prawo i stromymi serpentynami wąskiej drogi podjeżdżamy na parking w Skjeggedal. Miejsc jeszcze jest dużo, no ale w sumie mamy 6 rano, zaczyna się rozwidniać. Co ciekawe można wjechać jeszcze wyżej, ale kosztuje to aż 500 NOK, a droga jest szutrowa i niezwykle stroma, co wygląda mało zachęcająco. Kilka samochodów jednak wspina się w górę. Mam chwilowy problem z automatem biletowym, nie akceptuje mojej karty. Jakiś chłopak ze Słowenii ma te same problemy. Nie mam 300 NOK w monetach, a automat banknotów nie przyjmuje. Co robić? Zapłacić można w sklepie, ale otwierają go za 2 godziny. Używam innej karty i o dziwo - działa! Wrzucam bilecik za szybę, zakładamy górskie obuwie i ruszamy zakosami nowej drogi . Kiedyś były tu niezwykle strome drewniane schody, ale teraz już je rozebrano. Całe szczęście, bo podejście nimi byłoby niezwykle męczące - ich resztki pokazują czym kiedyś był ten początkowy odcinek. Drogą idzie dużo ludzi, coś jak u nas na Rysy. Zarówno świetnie wyekwipowani turyści jak i ludzie w japonkach. Po podejściu serpentynami robi się płasko, słońce wychyla zza gór. Robi się nieco cieplej . Potem znów idziemy w górę po wygładzonym polodowcowym progu. Uff... męcząco, a tabliczki oznaczające kolejne kilometry zdają się drwić z nas. Jeszcze 9 km? Aż się wierzyć nie chce . Dalsza droga jest dość płaska, ale tak raz w górę raz w dół. Łączny dystans w jedną stronę to 13 km. To naprawdę dużo!!! Trasa się strasznie dłuży, mimo ładnych widoków, szczególnie na położone w głębokim kotle jezioro Ringedalsvatnet . Trasa jest oceniana w obie strony na 10 h, to ponad 27 km marszu. Należy doliczyć czas na zdjęcia na samym języku (obowiązkowe, po to się tam w końcu wchodzi), a ilość turystów i piękna pogoda sprawiają, że z pewnością będzie kolejka do tych zdjęć. Idziemy, idziemy skrajem pionowych ścian kotła. Pokonujemy wzniesienia i wąwozy. Gdzieś obok są jakies namioty, turyści również tu, wysoko w górach spędzają noc. Podoba mi się norweskie prawo, które tego nie zakazuje. Wreszcie, po wyczerpującym marszu docieramy do polodowcowego kotła i do Trolltungi. Wygląda niesamowicie, niemal nierealnie . Na żywo wrażenie jest większe niż na zdjęciach . Od razu ustawiam się w kolejce i czekam ponad pół godziny. O rany, jak mi zimno... że też nie pomyslałem o kurtce czy polarze, tu jest akurat głęboki cień i wiatr. Już coraz bliżej. Wreszcie moja kolej, staję na skraju języka, koleżanka ze skały obok robi mi zdjęcia . Wysokość zawrotna, dobre 700 m otwartej pustki w dół. Aż ciarki przechodzą jak się spojrzy. Ludzie robią tu najdziwniejsze rzeczy byle mieć fajne fotki. Ja po prostu siadam na chwilę na krawędzi i podziwiam widoki. No jest gdzie lecieć, w Tatrach nie spotkałem tak dużej ekspozycji . Potem kolejkę zajmują moi znajomi, a ja ciepło się ubieram, bo strasznie zmarzłem. Zjadam coś, odpoczywam... a oni nadal stoją w kolejce. Wreszcie i oni wychodzą na język i teraz ja pełnię rolę fotografa. Co ciekawe, nieco dalej jest druga, nieco mniejsza skała wysunięta nad przepaść - a na nią niemal nikt nie wchodzi . Wreszcie zbieramy się w drogę powrotną. Jesteśmy już dość zmęczeni, do tego ciągłe oślepiające słońce, i choć jest dość rześko, to jego blask jednak męczy. Idziemy w dół 5 godzin, trasa okazuje się bardzo męcząca, szczególnie po tak długim siedzeniu w samochodzie i odżywianiu się chińskimi zupkami. Ja ponadto dźwigam plecak z rzeczami całej trójki, mam jednak największą wytrzymałośc i górskie doświadczenie. Ostatnie serpentyny szutrowej drogi już bardzo się dłużą, ale... było warto! Zdjęcia super, przeżycie super, pogoda dopisała. A prawdziwa kolejka stworzyła się dopiero później, my odstaliśmy względnie krótko. Z bagaznika wyciągam butlę i palnik, gotujemy jakąś herbatę i kawę, jemy cokolwiek. Myśl o ponownym noclegu w Odda jest odpychająca, musimy odjechać kawałek i dopiero znaleźć jakiś kemping. Aczkolwiek w Odda zatrzymujemy się, bo na stacji benzynowej są hot-dogi po 15 NOK. Jak na Norwegię to taniocha, więc zjadamy po dwa. Jedziemy dalej drogą nr 13, mijamy piękne wodospady Latefossen. Potem kilka tuneli i jeden bardzo dziwny... w kształcie ślimaka czy spirali. Po wjechaniu tunel ostro skręca w prawo i opada stromo w dół i jego wylotowy odcinek przechodzi pod odcinkiem wlotowym, w efekcie wyjeżdżając w lewo. Na krótkim odcinku tunel zawraca o 270 stopni. W nieodległej miejscowości Roldal znajdujemy duży i pusty kemping, gdzie płacimy 200 NOK za 3 osoby. Jest tu ciepły TV Room, gdzie jemy kolację i ładujemy baterie w aparatach i telefonach.

by w

powrót do listy tras