na Seltún Peak
(25 marca 2017)

trasa: Seltún Peak jest jednym z niewysokich szczytów okalających wulkaniczną dolinę Reykjanesfólkvangur położoną na południe od stolicy Islandii, Reykjawiku. Trasa łatwa, choć brak znakowanych szlaków wymaga pewnej rozwagi, należy uważać na gorące siarkowe źródła. Dojazd od strony Reykjawiku drogą nr 42 może być utrudniony lub niemożliwy w złych warunkach pogodowych. Droga przekracza grzbiet górski, prowadzi licznymi serpentynami, a na pewnych odcinkach brak asfaltu.
czas (bez odpoczynków): ok. 1 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 3 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

W: Od kilku dni przebywam na Islandii. Głównym celem mojego wyjazdu jest obserwacja zorzy polarnej, ale rzecz jasna mam również zamiar zobaczyć jak najwięcej przyrodniczych wspaniałości tego kraju. Koniec zimy na północnym Atlantyku jest okresem niesprzyjającym turystyce, wieją tu huraganowe wiatry, a pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Może być błękit nieba i słońce, by za pół godziny przyszedł potężny front z wiatrem przekraczającym 150 km/h i opadami gradu i śniegu. Takie załamanie pogody było dwa dni temu, na początku mojego pobytu. Razem z Piotrem, moim kolegą, pojechaliśmy do miejscowości Vik na południowym wybrzeżu wyspy. Wiało tak, że nasz niewielki wynajęty samochód potrafiło przemieszczać po jezdni, na większych kałużach powstawały fale z grzywami (!), widzieliśmy wodospad, w którym woda lała się... w bok i w górę, porywana strumieniem wiatru. Gdybym tego nie widział na własne oczy to bym nie uwierzył, że to jest możliwe. Nasze wodoodporne kurtki były przemoczone po kilku minutach przebywania poza samochodem. Mimo to, uparcie oglądaliśmy cuda islandzkiej przyrody - plażę Reynisfjara, przylądek Dryholaey, wodospady Skogafoss i Seljalandsfoss. Dotarliśmy do czoła jednego z ogromnych islandzkich lodowców - Mýrdalsjökull. A właściwie do czoła jednego z wielu jego jęzorów schodzących w doliny. Wrażenie wielkie, bo ten jeden jęzor, stanowiący mały fragment lodowca, w pojedynkę ma rozmiary typowego lodowca alpejskiego. A Mýrdalsjökull jest dopiero czwartym co do wielkości lodowcem kraju. Kolejnego dnia, już przy nieco lepszej pogodzie widzieliśmy gejzery, widzieliśmy potężny wodospad Gullfoss i imponujący krater wypełniony jeziorem - Kerid. Dziś jest ostatni dzień, kiedy dysponujemy samochodem. Jako że mieszkamy w Keflaviku, to naszym celem jest jak najdokładniejsze poznanie półwyspu Reykjanes. Sam w sobie jest cudem natury. Leży na styku płyt kontynentalnych i w dużej mierze pokryty jest gigantycznymi polami zastygłej lawy, polami gorących źródeł i stożkami wygasłych wulkanów. I całkiem sporymi górami. Widzieliśmy już dziś wąwóz na styku płyt kontynentalnych, byliśmy w Błękitnej Lagunie, wdychaliśmy siarkowodór wydobywający się spod ziemi wraz z kłębami pary. Widzieliśmy prawdziwą furię oceanu wyładowującą się na skalistych klifach. Chciałbym zdobyć jakiś szczyt. Dookoła pełno większych i mniejszych gór, choć szlaków tu właściwie nie ma. Te wyższe góry Islandii, jak choćby Esja wznosząca się nad Reykjawikiem - teraz są trudno dostępne, jest tam pełno śniegu, a potworny wiatr skutecznie zniechęca. Nie mam ponadto żadnego sprzętu jak raki czy kijki. Nie ma co ryzykować. Ale zdobyć coś nieco mniejszego - czemu nie. W środkowej części półwyspu jest piękny, regularny, wulkaniczny stożek - Keillir. Ma dobre 500-600 m wysokości, a widoki z niego są z pewnością wspaniałe. Nawet wypatrzyłem wczesniej zjazd na drogę w jego kierunku z głównej autostrady, łączącej Reykjawik z Keflavikiem. Gdy tam skręcamy... po 200 m kończy się asfalt. Pozostało 8 km jazdy dziurawą szutrówką. Trochę boję się uszkodzenia wypożyczonego samochodu. Poza tym Piotr nie chce wspinać się nigdzie wysoko, a moja wycieczka trwałaby kilka godzin. Z pewnym żalem porzucam myśl o Keillir i wracamy na autostradę. Jedziemy dalej w stronę Reykjawiku, mamy zamiar dotrzeć do Reykjanesfólkvangur - parku narodowego obejmującego wulkaniczną dolinę, góry i jezioro położone na południe od stolicy kraju. W Hafnarfjordurze skręcamy w prawo, na lokalną drogę nr 42. Nasza nawigacja z uporem próbuje nas skierować inną drogą. Ale z mapy wynika, że droga jest, nie najgorszej kategorii, więc dziwi nas upór nawigacji. Więc co tam, jedziemy dalej ku osnieżonym górom. Nagle... kończy się asfalt. Zaczynam rozumieć upór nawigacji. Mimo, że dalsza droga jest szutrowa i wiedzie przez góry, to ograniczenie na niej wynosi... 80 km/h. Trudno, ryzykujemy. Silnik wyje na wysokich obrotach, a ja redukując biegi, wjeżdżam wreszcie na przełęcz. Dalej jest kotlina otoczona skalistymi szczytami, ale również widać, że dalej jest asfalt. Kilka kilometrów jazdy karkołomną drogą prowadzącą ciągle góra-dół nad stromymi zboczami i dojeżdzamy wreszcie do wielkiego jeziora i wkrótce potem do sporego parkingu. Piotr wynalazł tu jakąs ciekawostkę, więc zatrzymujemy się. To Seltún, miejsce, gdzie próbowano wybudować elektrownię geotermalną, ale z jakis powodów zamysł się nie udał. Są tu teraz siarkowe jeziora z wrzącą wodą i gorące źródła. Nad wszystkim unosi się zapach siarkowodoru. Wokół jeziorek i źródeł wyznaczono turystyczą ścieżkę, jednak mnie kusi coś innego. Przed nami wznosi się skalista góra . A gdyby tak wdrapać się na jej wierzchołek? To może mniej niż Keillir, mniej niż Esja, ale zawsze będzie to jakiś szczyt zdobyty w tak górskim kraju. Ustalam z Piotrem, że wrócę za około godzinę i ruszam przed siebie. Z początku idę lekko w prawo, kierunek wyznaczają małe, pomarańczowe paliki. Na Islandii też są jakieś szlaki turystyczne i tak je sie chyba oznacza. Szlak wiedzie jednak w stronę innych szczytów , a najprawdopodobniej na przełęcz i gdzieś dalej w dół. Skręcam w lewo ze znakowanej ścieżki. Przekraczam wielki płat śniegu. A niech to! Wpadam po kolana w płynący pod nim potok. No cóż, mam już mokre buty... Dalej stomo i męcząco w górę , w stronę małej przełęczy pod obranym przeze mnie celem wycieczki . Idzie się po trawie i skałach, należy wyszukiwać najlepszej drogi. Mimo, że to nie są jakieś wysokie góry, to mało przyjemny i niedostępny teren i dość duże nachylenie wymagają zdwojonej uwagi. Nagle jedna noga wpada w jakaś żółtą maź. No ładnie, to jakieś siarkowe źródło! Unosi się zapach siarkowodoru, mój but oblepia żółte błoto. Szybko wycieram go, bojąc się aby nie został wyżarty przez kwas. Ze szczelin unoszą się małe kłęby pary. Trzeba uważać, bo cały teren tutaj jest "zaminowany". Docieram wreszcie na trwiastą przełęcz. Jeszcze raz dokładne czyszczenie buta z siarki. Teraz zostało jakies 100 metrów po skałach na sam szczyt. Wzmaga się lodowaty wiatr. Gdy docieram na wierzchołek, uderza we mnie całą mocą. Ciężko ustać! GPS wskazuje, że jestem niecałe 400 m n.p.m., zresztą na południu widać wyraźnie wody oceanu. Wiatr wieje jednak tak mocno jak w wysokich górach. Nad poziom parkingu wszedłem może 250, może 300 m. Tak jak na Nosal z Kuźnic. Wycieczka niewielka, ale jednak jakiś islandzki szczyt zdobyty! Widoki są ładne i całkiem rozległe . Widać rzekę w dole, gorące źródła, jezioro, postrzępione góry bliżej i całkiem płaskie góry dalej. Tereny są tu bardzo różnorodne. Pogoda, a właściwe sam wiatr, nie są dziś jednak przyjazne. Szybko fotografuję panoramę, siebie samego i stwierdzam, że trzeba szybko uciekać w dół. Tym razem uważam na siarkowe źródła i podejrzane, parujące szczeliny. Bez przygód schodzę na parking. Piotra jednak nie widzę. Idę więc w górę ścieżki turystycznej, fotografuję niesamowite żółte jeziorka bulgoczącego błotka . Zdjęcia nie mogą jednak oddać niepowtarzalnego zapachu... Wreszcie odnajdujemy się z Piotrem i ruszamy w dalszą podróż. Przez Grindavik i kolejne górskie pasma docieramy do naszego hotelu w Keflaviku. Uff... dzień pracowity, ale widoki i przyroda były niesamowite!

PS. W: Dwa dni później udało się zrealizować główny cel wyjazdu. Dwie godziny niesamowitego spektaklu wynagrodziły niemal tydzień wyczekiwania .

by v&w

powrót do listy tras