na Grzesia i Rakoń
(22 lipca 2005)

Siwa Polana Dolina Chochołowska Polana Chochołowska Grześ Rakoń Przełęcz pod Wołowcem Dolina Wyżnia Chochołowska Polana Chochołowska (powrót do Siwej Polany)


otwórz mapkę w nowym oknie

trasa: lekka, łatwa, obfitująca w widoki na Tatry Zachodnie.
czas (bez odpoczynków): ok.8 h
dystans (bez uwzględnienia różnic wysokości): ok. 24 km

  zobacz trasę (wizualizacja 3D)

  zobacz profil wysokościowy trasy

V: Wymyśliliśmy na dziś szlak w Dolinie Chochołowskiej, bo mało ludzi i nie tak stromo.
W: Plan jest taki: wchodzimy na Grzesia, z Grzesia na Wołowiec, a dalej zobaczymy jak nam się będzie szło.
V: Nareszcie jakiś szczyt, na którym jeszcze nie byłeś.
W: Pogoda do bani. Chmury nisko, będzie padać. Zbieramy się powoli, wreszcie o 11 wyruszamy. Szybko łapiemy busa do Siwej Polany. 10 minut i jesteśmy w Dolinie Chochołowskiej.
V: Płasko jakoś, szeroko, pastwiska, szałasy . Zupełnie inaczej niż w Kościeliskiej.
W: Ale parno. Niby gorąco, ale jak zdejmę polar, to zimno.
V: Raz się ubierasz, raz rozbierasz. Do tego zaczyna kropić. Dzień zupełnie szary.
W: Idziemy i idziemy. Daleko jeszcze, pytasz? Kilka kilometrów, to wyjątkowo długa dolina. Dochodzimy do Polany Chochołowskiej, niestety cel naszej wycieczki w chmurach. Ale to nie Rysy, można iść nawet przy kiepskiej widoczności. Od strony Zakopanego się przejaśnia, może i tu się poprawi. Mijamy zabytkowe bacówki i przy schronisku wchodzimy na szlak na Grzesia.
V: Idziemy przez las, łagodna trasa, jak w Beskidach, a nie w Tatrach. Jest chłodno i mglisto...
W: ...i pusto. Nikogo prawie nie spotykamy. W końcu las się kończy. Teraz ścieżka nie jest już taka wygodna, spod stóp obsypują się drobne kamienie. Widać już oba szczyty Grzesia.
V: No widac jak widać, bo mgła coraz gęstsza. I zimno się robi. Wieje. Szybko zakładamy sztormiaki.
W: Doszliśmy do podstawy chmur . Na szczycie Grzesia o dziwo słowackie oznaczenia szlaków. Idziemy niebieskim szlakiem w stronę Rakonia. Ścieżka schodzi w dół na słowacką stronę, widać piękną zieloną Dolinę Łataną, potem pniemy się znowu w górę i widoczność spada do kilkunastu metrów.
V: Kosodrzewina wysokości człowieka .
W: A za kosodrzwiną krajobraz niemal bieszczadzki: łagodne trawiaste zbocza, jak połoniny . Wrażenie zapewne spotęgowane przez mgłę - nie widać tych wszystkich otaczających wysokich szczytów.
V: Ten upłaz faktycznie jest długi... Przez mgłę nie widać, jak daleko jeszcze.
W: Jakieś wzniesienie. To już Rakoń? pytasz. Nie wiem. Sprawdzamy GPS-em; okazuje się, że jeszcze kawałek.
V: Wieje coraz bardziej, zacina deszczem, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Szybko zdjęcie przy słowackiej tabliczce "Rakoń" .
W: Nie idziemy na Wołowiec, choć to już bliziutko. Strasznie nas przewieje, a i tak nic nie zobaczymy.
V: Skwapliwie przyznaję ci rację. Niestety do szlaku zejściowego do doliny trzeba iść kawałek granią, wystawiając się na lodowate podmuchy. Nic już nie widzę i myślę tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się choć kilka metrów niżej, żeby już nie wiało i napić się gorącej herbaty.
W: Nareszcie szlak w dół. Kilka kroków i robi się cicho, ale dalej pada deszcz, i to taki konkretny. Szybkim krokiem schodzimy do doliny . Po drodze mijamy jakieś panie w klapkach zasuwające w górę. Dalej, już w lesie, szlak zamienia się w potok.
V: Trzeba mieć samozaparcie, żeby przejść tędy w klapkach i mieć jeszcze ochotę iść dalej, mówisz z przekąsem.
W: Już widać Polanę Chochołowską, jeszcze kawałek przez las.
V: Coś dzwoni przed nami.
W: Widzę coś brunatnego miedzy drzewami. I to "coś" się rusza. Niedźwiedź, przelatuje przez głowę. Ale nie... ufff, to tylko krowy. Stado krów w środku lasu. Co robią krowy w Tatrzańskim Parku Narodowym?
V: Stoją całym stadem na drodze. Przepraszamy, chcemy przejść, mówisz. Przyglądamy im się podejrzliwie.
W: Mam nadzieję, że żadna z nich nie okaże się bykiem, bo mam czerwoną kurtkę, a nie bardzo mi się chce uciekać przed głupim bydlakiem.
V: Krowy z ociąganiem schodzą nam wreszcie z drogi, dochodzimy do polany. Rozkładamy się na ławie i jemy.
W: Obok stoi grupka młodych ludzi. Obcokrajowcy? Naradzają się. W końcu o coś pytają.
V: O mapę. Słowo do słowa się dogadujemy. To Czesi. Przyszli ze Słowacji. Tłumaczymy im, którędy mają wrócić.
W: Śmieszni ludzie. Wybrali się w góry, w nieznaną okolicę, bez mapy. Chyba zrozumieli, bo poszli w dobrą stronę.
V: Wracamy dnem doliny, szczytów nadal nie widać, ale przynajmniej przestało padać.
W: Wycieczka nie udała się tak, jak zaplanowaliśmy, ale mogłaś się przekonać, jak groźna mogłaby być zmiana pogody w górach, gdybyśmy nie mieli odpowiedniego ubrania.
V: Szkoda, że nie było nic widać z góry... Pójdziemy kiedyś tą trasą przy ładnej pogodzie?
W: Pójdziemy. Za rok.
V: Ostatnie 3,5 km podjeżdżamy turystyczną "ciuchcią"; nie chce nam się dreptać asfaltową drogą. Masz juz jakiś plan na jutro?
W: A mam. Zobaczysz.

by v&w

powrót do listy tras